05 paź

Romantycznie i powoli

To były czasy, gdy pracowałem dla mojego ostatniego pracodawcy. Prawie dekadę lat wstecz. Postanowiłem samodzielnie zaangażować się w pracę z gastronomią, a pierwszymi celami było kilka topowych miejsc na Mazurach i Pomorzu. Nie mogło oczywiście na tej liście zabraknąć niedawno otwartego Hotelu-Spa Dr Ireny Eris na Wzgórzach Dylewskich. Gdy tam trafiłem, nie mogłem nacieszyć się widokiem kompleksu, poziomem oferty i wyposażenia hotelu. Na pierwszy rzut oka, mogłoby się zdawać, że trafiłem tu za późno. Wina dostarczały już dwie potęgi zaopatrujące restauracje i hotele w całej Polsce. Jak się jednak okazało, sprawa nie dotyczyła nowo otwartej restauracji „Romantyczna”. Jednej z pierwszych w naszym kraju, oznaczonych pięknym ślimakiem ruchu Slow-Food. Dzięki sprzyjającemu losowi, a właściwie wspaniałej postawie starszych kolegów – Piotra i Sławka, wraz z sommelierem restauracji – Marcinem Bąkiem, stworzyliśmy całkowicie nową kartę win, przy okazji ucząc serwisu całą załogę sali, szykującego się do piątej gwiazdki hotelu. Czas mijał, drogi nas wszystkich powędrowały w różne strony, a życie plotło nowe historie. W międzyczasie miałem okazję jeszcze kilka razy zajrzeć pod Lubawę, lecz ostatnie lata skutecznie w tym nie pomagały.

Dr Irena Eris i Henryk Orfinger

Dr Irena Eris i Henryk Orfinger

Jak się okazało, kilka elementów pozostało na swoich miejscach. Przede wszystkim – hotel, restauracja, i… Marcin. Plus wszystkie inne zalety, które znają wszyscy ci, którzy mieli tu okazję wypoczywać. Mogłem się o tym przekonać niedawno, korzystając z zaproszenia z kameralną kolację, mającą uwieńczyć 10-tą rocznicę „Romantycznej”. I tu chciałbym jeszcze raz gorąco podziękować gospodarzom. Nie tylko za zaproszenie, lecz także za wliczenie to tego wyjątkowego grona osób, z którymi miałem przyjemność współdzielić emocje nad talerzami i kieliszkami. Za kompozycje na talerzach, odpowiadał Łukasz Wojtas – młody Chef z „własnego chowu”. I wcale mnie to nie dziwi, bo pamiętam od dawna, że stawiano tu na ludzi z pasją i ambicją. Prawda Marcin? O winach, jak zwykle ze swadą i kolorem opowiadał Michał Poddany z winiarni Mielżyński, z którym naszą pierwszą rozmowę pamiętam jak dziś. To także było dekadę temu, a Michał chciał dołączyć do naszej czeredki.

Chef Łukasz Wojtas

Chef Łukasz Wojtas

Do dziś dnia z restauracji nie wypuszczono też ślimaka, a jakby tego było mało – na zmianę sytuacji się nie zanosi. W związku z tym, pod względem pochodzenia produktów, menu szaleje głównie na temat lokalności, jej małych rodzinnych gospodarstw, i dbania od ziarna do chleba o każdy moment i detal tej drogi. I nie powiem – było smacznie. Taki żarcik. Było zna-ko-mi-cie! Szefie – czapka na butach, a ja już się spowiadam, co porwało „kubełki smakowe” najbardziej. Uwaga uwaga – jesiotr wędzony z burakiem! Rozpoczynające wieczór burakowe historie w kilku wcieleniach, tańczące wokół ryby, która sama dawała piękną bazę do złożoności smaków i tekstur, były tak doskonałym pomysłem, że żal było nawet pić wodę, żeby nie niszczyć wrażeń. Zaraz po jesiotrze zapamiętam mojego wiecznego faworyta – siekaną wołowinę (pierwsza krzyżowa!) i białą rzodkiew, a jeszcze bardziej – biały barszcz na wędzonej gęsinie. Normalnie – reszty nie trzeba! Świetnie udał się pomysł na warzywne risotto z makrelą, jagnięciny z serem owczym zjadłbym sześć talerzy, mleka z owocami i rukolą za wszystkich (tak – lubię cukier), a selekcja lokalnych serów naprawdę była selekcją naprawdę lokalnych serów. Gratulacje. Szacunek. Brawa.

Takich buraków potrzeba temu krajowi

Takich buraków potrzeba temu krajowi

A takich słodyczy potrzeba temu Tomkowi

A takich słodyczy potrzeba temu Tomkowi

Wieczór zakończyła selekcja nalewek serwowana z marcinowej prawej ręki. I  niech to się nie zmienia. Bez nich, przejedzony i szczęśliwy, pewnie nie zdążyłbym na 9-tą rano do Warszawy.

Harfa w tle, natura za oknem, nalewki przed nosem. Ech...

Harfa w tle, natura za oknem, nalewki przed nosem. Ech…