19 sie

Czas na emeryturę, drogi przyjacielu

Legenda

W sommelierskim fachu jedną z głównych różnic, w stosunku do pozostałych pracowników sali, jest umiejętne unikanie efektu określanego jako „ambafatima”, czyli notorycznie ginących, w bardziej lub mniej tajemniczych okolicznościach, trybuszonów. Ewentualnie, jeżeli ktoś woli: tirez bouchon, korkociągów, otwieraczy do wina itd. itp.

Od piętnastu lat żyłem z wieloma trybami, większość traktując jako przelotną znajomość towarzyszącą w miejscach, których nie byłem pewien, czy nie zapragną mi ich odbić po cichu. Jednakże trzy z nich, jeden po drugim, towarzyszyły mi w domu i pracy, a przy okazji dorobiły się  własnych nazw, pomimo wspólnego mianownika – tej samej marki wyrytej na błyszczącej stali. Pierwszy z nich zwał się „Otwieram Wszystko”, jako że naprawdę potrafił otworzyć wiele, łącznie z kłódkami na pracowniczych szafkach, mojej i kilku zagapionych współpracowników. Niestety, po prawie dwóch latach pożycia, któregoś dnia zostawił mnie dla innego, bez choćby słowa pożegnania. Choć jestem pewien, że chciałby… Jego następcę, czyli „Otworzyło Się Już Trochę”, pozostawiłem z rozdartym sercem na niegościnnej ziemi lotniska w Sofii. Wytrzymaliśmy razem w pracy pięć lat, lecz dla bułgarskiego pogranicznika ten fakt był ważny, jak jego poranne splunięcie po przebudzeniu się. Jestem pewien, że to robił, pamiętając jak się ślinił w czasie naszej dość długiej dyskusji, na bezludnym jak Atacama sofijskim aeroporcie. Uspokoił się tylko raz, gdy zadowolony wrzucił mojego przyjaciela do kosza. Jestem jednak pewien, że tak on, jak i jego koledzy, do dziś pamiętają moje słowa na pożegnanie. I chyba tylko jego błyskotliwości zawdzięczam, że samolot zdążył odlecieć ze mną na pokładzie… W międzyczasie poznałem się już z moim najwierniejszym druhem, z szacunku ochrzczonego „Seniorem” Tak, tak jak moje ukochane niegdysiejsze auto. Zresztą – pod wieloma względami, także urody, łączyło ich tak wiele, że nie mogło być inaczej. Od dziesięciu lat towarzyszy mi wiernie w najważniejszych chwilach. Wygrywał dla mnie wszystkie mistrzostwa Polski, zdawał wszelkie egzaminy i wspierał w startach międzynarodowych. Przemierzył kilka kontynentów, pieczołowicie chroniony przed losem jego poprzednika. Otworzyliśmy razem duże kilkadziesiąt tysięcy flaszek. Odcięliśmy tyle samo koszulek, rozpieczętowaliśmy setki zawiniętych w folię palet, nie mówiąc o tysiącach rozszarpanych z werwą kartonów. Przeżył też kilka laptopów podróżujących obok. A on, skubaniec, nadal stara się trzymać formę i jest chętny do pracy. Czas chyba jednak uszanować jego dorobek, i pozostawić mu tylko najwyższe cele. Pewnie odkorkujemy jeszcze niejednego „grandkrusa” wielu proweniencji. Bo w takich chwilach z przyjemnością posłucham, co ma do powiedzenia.

Junior

Junior

Senior

Senior

 

 

 

 

 

 

 

 

Nadejszła zatem wiekopojmna chwila przekazania warty. Młodzieniec roboczo został mianowany „Juniorem”, jednak jestem pewien, że za jakiś czas sam zdecyduje, jak trzeba będzie go wołać. Skąd ta pewność? Bo ma dobre geny. Najlepsze. Te same, jak wszyscy jego poprzednicy. Jak wieść niesie, Hiszpania nie tylko Iberico i Reservami stoi. Dawno temu stworzyli patent, który do dziś jest niedoścignionym wzorem. Zmieniają się tylko ich szaty. Maja używa antracytowego cacuszka z kryształami Svarovskiego. Ja zaś, idąc za sentymentem i równowagą, wybrałem klasyczną, elegancką czerń, jako że pierwszych dwóch bohaterów odzianych było w bordo.  Jedno tylko jest niezmienne – wybieram najlepsze serie, zdolne jak widać do współpracy latami. „Senior” i „Junior” na początku żądają sporo, by się z nimi poznać. Lecz ten pierwszy przeżył pewnie z tuzin przeciętniaków, wciąż będąc w formie do pozazdroszczenia przez niejednego świeżutkiego „mydłka”.

Geny są ważne

Geny są ważne

I tu najwyższy czas odpowiedzieć na pytanie, które prawdopodobnie błąka się w głowach kilku zorientowanych w temacie: „Dlaczego nie Chateau Laguiole?”. Odpowiedź jest prosta: choć renoma, legenda i nożyk Francuza to wzór, a jakość obydwu oscyluje na podobnych poziomach, to patent Pulltex’a działa dużo sprawnej i łatwiej, zwłaszcza przy „trudnych przypadkach”. Tak dźwignia, jak i pokryta teflonem tytanowa śruba. A oprócz tego, wszystkie Laguiole zdobyłem jako nagrody za osiągnięcia. Zatem nic dziwnego, że jako stary, niedzisiejszy podobno już humanista, traktuję je także jako pamiątki dni, gdy przeżywałem piękne chwile i poznawałem wspaniałych ludzi, którzy do dziś, bliżej lub dalej, są w zasięgu mojego wzroku.. A to jest niemożliwe do zmierzenia rozumem…

Legenda

Legenda

 

 

14 cze

Podwójnie sfermentowani metodą klasyczną

Oj! Długo mnie tu nie było… Wymówek dla takiego stanu rzeczy znalazłbym sobie bez trudu spory pęczek. Nawet teraz jestem mile zaskoczony, że wreszcie się udało… Chyba z rozpędu palców, gdzieś między kończeniem nowego programu szkoleniowego a szlifowaniem foodpairingowej broszury. A przecież w międzyczasie wydarzyło się tyle spraw, o których chciałem napisać. Do niektórych pewnie jeszcze wrócę, o reszcie nie ma już co dywagować. Mistrzostwa Świata i Polski i znakomite występy Piotra Pietrasa są tego najlepszym przykładem. Na wszystkich innych forach powiedziałem i powiedziano już o nich chyba wszystko…

Historia, która znalazła siłę by znów mnie tu przywieść, zdarzyła się całkiem niedawno. Ot, raptem tydzień temu. Jednak zaczęła się dużo wcześniej, przed drugim długim weekendem maja, w drodze do Lizbony, gdzieś między punktem check-in i bramką nr 28 na warszawskim Okęciu. W tym czasie telefon zadzwonił dwa razy. I obydwa połączenia zwiastowały coś nowego. O pierwszym nie wspomnę, a drugi wykonał Wojtek Bońkowski. Rzadko ze sobą rozmawiamy na linii. Lecz gdy już tak się stanie, zazwyczaj nie pozostaje to bez pokłosia. Tym razem było nim zaproszenie do udziału w Pop Up Double Ferment. Fantastycznie wymyślonym wydarzeniu, w którym sommelierzy i dziennikarze winiarscy przedstawiali swoje punkty widzenia na temat opowieści Krzysztofa Rabka, szefa gwiazdorskiej „Odette”, występującego na wyjeździe w gościnnych progach nowego „Rozbrat 20”.

Pop Up Double Ferment Team Zdjęcie @Pop Up Ferment

Pop Up Double Ferment Team Zdjęcie @Pop Up Ferment

Fermentacyjnego marsza grały takie oto trzy pary i solista. Przyznam, że bardzo, bardzo podobał mi się pomysł wspólnej zabawy z Tomkiem Prange-Barczyńskim. Powód? Jeden? Wolne żarty…. Jest ich tyle, że nawet nie ma co zaczynać…. Banan na licu i basta! I choć gdzieniegdzie, dla podgrzania atmosfery, wydarzenie przedstawiano jako walkę, muszę przyznać, że jakoś od samego pomysłu aż do digestifu, odbierałem(-liśmy) całość jako przednią zabawę dla wszystkich, a najbardziej dla Krzysztofa Rabka. Oj! Dowcipniś i artysta z Jegomościa. W ramach przygotowawczej degustacji spróbowaliśmy… zbliżonego tematycznie deseru, a przy okazji wysłuchaliśmy opowieści o pomysłach, które wszyscy skrzętnie notowaliśmy na karteczkach. Jak się okazało, wcześniejsze degustowanie całego menu w rzeczy samej nie miało najmniejszego sensu…

Czego się nie zrobi dla marketingu... ;-) Fight! Zdjęcie @Mariusz Cofta

Czego się nie zrobi dla marketingu… 😉 Fight! Zdjęcie @Mariusz Cofta

Na potrzeby wieczoru mogliśmy swobodnie wybierać z win dostępnych na polskim rynku, z górnym limitem pieniążków potrzebnych na zakup każdej flaszki ustalonym na pułapie złotych brutto 100. Słowa spisane na kartkach na siłę wpychały do głowy niepokojącą myśl: „Biel! Bierz biele!”. Ta drogą, z doskonałym rozpoznaniem tematu i sukcesami, kroczyła już perełka restauracji, czyli sommelierka Ewelina Brdak. Jej współpracę z szefem dane było mi już zresztą poznać, spędzając dwa miesiące temu miły wieczór z winnym przyjacielem. Nie byłbym jednak sobą, Tomek zresztą także do takiej postawy się do przyznał, gdybym nie zaryzykował choć odrobinę ciemniejszych kolorów tu i tam. Ja postawiłem na róż przy anchois, którego jednak prawie nie było, i ciemny róż przy deserze, w którym na daremno próbowaliśmy się doszukać miodu i bzu w wersji z degustacji… Takich niespodzianek było zresztą więcej, także przez kolejne dni. Pamiętam jak dziś słowa Krzysztofa Rabka, wypowiedziane mimochodem do skrupulatnie degustującego i zapisującego wrażenia z naszej kolacji Wojtka Bońkowskiego: „Nie notuj. Jutro i tak będzie inaczej”. I jak z relacji Wojtka i Adama wynika, a także zdjęć talerzy z ich wieczoru, zdecydowanie nie kłamał….

Menu w pełnej krasie. Słownej... Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

Menu w pełnej krasie. Słownej… Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

I nasze wybory na jego temat Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

I nasze wybory na jego temat Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

Cala historia przyniosła wiele bardzo ciekawych i przyjemnych wrażeń i doświadczeń. Po pierwsze – najważniejsza jest dobra zabawa, a takiej było w bród. Po drugie – każde wino, sommelier i dziennikarz, jest bezbronny wobec fantazji i nieokiełznania twórcy potraw, jednak nawet wtedy dzielnie stoimy na posterunku dobrego smaku. A po trzecie i nieostatnie – bardzo bym się ucieszył, gdyby był to początek nowej świeckiej tradycji.

I co teraz? Teraz trzeba biec na Rozbrat 20, bo dziś i jutro Krzysztof tworzy wspólnie z Markiem Flisińskim z nałęczowskiej Water&Wine. Jego talent także długo można by opisywać, a dania z kilku dotychczasowych degustacji wciąż grają mi w myślach. Ograniczę się tylko do jednej rekomendacji – wraz z kilkoma kolegami po fachu mamy już zarezerwowany stolik na jutrzejszą kolację. Tym bardziej, że na gościnnych występach pojawi się także nasz młody mistrz Kamil Wojtasiak, zwykle błyszczący i nadający tonu mojej ulubionej Butchery&Wine.

 

02 lis

Mała duża premiera

Cantina Soarda Il Pendio

Już miała być madziarska historia, lecz… pierwsze rzeczy pierwsze. A pierwsze na całość wciągnęły mnie Włochy, choć nie były pierwszym, ani nawet drugim odwiedzonym winiarskim rajem. To były czasy mojej pracy w restauracji „Balgera” , w których stałem się pełnokrwistym sommelierem. Kto pamięta ten obiekt – ten wie o czym jest pisane, a kto nie – niechaj żałuje, zwłaszcza kilku pierwszych lat jej działalności. Ponad 300 win w karcie, lekko 75% z Półwyspu Apenińskiego. Na początku, gdy karta dopiero rosła, główna siłą napędową była oferta trójmiejskiego importera „Noma” pod batutą jej charyzmatycznego właściciela i italianofila w jednej osobie – Jerzego Kułakowskiego.

Dziś cała grupa importerów poszło w ślady pioniera i skoncentrowała się na winach włoskich. Jednym z niemłodych już pomysłów są „Małe duże wina” pod dowództwem Szymona Milonasa – kolegi ze Stowarzyszenia Sommelierów Polskich, a przy okazji – wykładowcy WSET, którego kursy prowadzi już dość regularnie, podnosząc kwalifikacje winnej braci i entuzjastów. Sam miałem okazję do tej pory uczestniczyć w programach WSET-u tylko jako uczestnik, zatem gdy Szymon zaproponował poprowadzenie jednej z sesji dla swoich słuchaczy, z przyjemnością podjąłem rękawicę. Mam nadzieję, że go nie zawiodłem swoim premierowym występem. Wychodząc, zostałem zaopatrzony na drogę w zimny wieczór w kilka zacnych butelek, i o dwóch z nich, które już pożegnałem, czuję wewnętrzny przymus opowiedzieć słów kilka…

Cantina Soarda Il Pendio

Cantina Soarda Il Pendio

Obydwie substancje powołała do życia Cantina Soarda, ulokowana w Bassano del Grappa, na północny wschód od Vicenzy, czyli ogólnie rzecz ujmując – królestwo Soave i „okolice”. Te „okolice”, to bardzo ważny fragment całej historii, ale o tym za kilka linijek.

Na pierwszy ogień – Il Pendio, Nietuzinkowe połączenie oczywistej tu Garganega i… Vespaiolo. Próbowaliście już tej odmiany? Zapewne była okazja, choć pewnie w innej wersji, zapewne w dużo słodszym odcieniu. Vespaiolo bowiem wzięło swoją nazwę od os, krążących przy nabrzmiałych od cukru kiściach tej odmiany. Wersje wytrawne są rzadko spotykane. Tu zdecydowana większość Garganegi trafiła na 12 miesięcy do dębowych baryłek, pozostała część i „Osówka” przeszła swoją drogę w kadziach ze stali nierdzewnej, by w całość pomysłu zaakcentować pazur pierwszej i szczodrość drugiej. I udało się znakomicie, zwłaszcza gdy myślimy o tej porze roku, tudzież pomysłach na wino do łączenia ze strawą. Wino jest krągłe, wręcz oleiste, solidnie skonstruowane, wabi kapiącymi sokiem owocami tropikalnymi, pieczonym jabłkiem, miodem, delikatną korzennością i mineralnym nerwem w smaku. Łatwo je sobie wyobrazić schłodzone do 12 stopni, przelane na pół godziny do wąskiej karafki, podawane w kieliszkach do Pinot Noir, w towarzystwie treściwych ryb z maślanych sosach, schabu w galarecie z rodzynkami, pieczonych białych mięs, nawet tych dość tłustych. Jeżeli myślicie o ciekawym winie na bożonarodzeniowy stół – Il Pendio czeka! Nie jest najtańsze, lecz po pierwsze to święta, po drugie – ceny w „Małych dużych winach”, odnoszą się do pierwszego słowa, a do drugiego – jakość.

Na deser  – Cantina Soarda Sarson. Prawdziwe Torcolato, czyli jedna z najpyszniejszych i sutych słodyczy w bieli, jakie możecie sobie z Włoch wymyślić. Lepkie, kremowe, pełne miodu, toffi, karmelu, słodkich przypraw, lecz i młodzieńczości nut cytrusów, brzoskwiń i moreli, bliskich nektarowym rejestrom. Dobroć sama w sobie, oczywiście świetna do deserów mlecznych, serników, serów z niebieską pleśnią i foie gras. Grunt, by była schłodzona, a kieliszki jak rozwinięty tulipan – sami się ucieszycie, a i ciocia pokocha!

 

15 sty

Znacie Jacob’s Creek? Figa z makiem!!!

Australia jest w naszym pięknym kraju słowem bardzo lubianym… Z wielu powodów. Chcecie kilka? Nie ma sprawy! Miś koala. Opera w Sydney. Ciepełko. „Powrót do Edenu”. „Krokodyl Dundee”. Paczki od rodziny z drugiego obszaru płatniczego. Tyle tytułem wstępu… Z winami sprawa ma się zresztą podobnie. Podobnie uroczo, i podobnie… beztrosko, by nie powiedzieć: lekceważąco. Ot – takie tam milusie, smaczniutkie winka dla każdego… I w sumie nie sposób się nie zgodzić z dwoma ostatnimi wyrazami poprzedniego zdania. Z drobną, aczkolwiek wiele znaczącą i wymowną różnicą… Od samego początku mieliśmy w Polsce wygodę poznawania klasyków wśród marek australijskich winnic: Mountadam w LPDV, Lindemans w Centrum Wina, Penfolds i Rosemount w PWW i Partner Center, Henschke i Yalumba w Sommelier Dystr., Peter Lehmann w Bodega Marques, Hardys w każdym hipermarkecie. Itd itp etc i tepe…

Ikony wina Australii

 

Nadeszło jednak nowe, i w dzisiejszych czasach, klasyki częściowo poznikały, a scena rozwarstwiła się tak, jak i zmieniły się rynkowe realia. Mamy wina zwane popularnymi, znane z gigantycznych skal działania, jak choćby Yellow Tail, a szpicę oferty obsadziły wina tak wyjątkowe, jak tylko możemy sobie wyobrazić. Gdzie ich szukać? Chętnych wrażeń odsyłam do najlepszego antypodyjskiego importera – Wines United i ich sklepu internetowego zakręconewina.pl . Piotr Wyszomirski, eks-Aborygen z dwudziestoletnim stażem, skompletował nazwy przyprawiające o dreszczyk każdego, kto choć trochę australijskim winem się interesuje: od majestatycznych win Torbreck i niepowtarzalnych d’Arenberg, przez Clarendon Hills, Paringa Estate, Grosset, Shaw & Smith, Two Hands, Stella Bella, Robert Johnson, Wirra Wirra,  aż po budżetowe cacuszka od Quarisa.

Chester Osborn. Legenda kraju i enolog d'Arenberg

Chester Osborn. Legenda kraju i enolog d’Arenberg

Na drugim biegunie, najpopularniejszą marką australijskiego wina jest w naszym kraju Jacob’s Creek. kłopot w tym, że tak naprawdę… praktycznie w ogóle nie znamy tych win. Owszem, owszem – mamy na półkach bardzo dobrze wykonaną bazową linię, do której całkiem niedawno dołączyły wina dedykowane dla naszego rynku. To wszystko okraszone dwoma etykietami z serii „Reserve” i basta. Tyle, że owa seria to zaledwie rozgrzewka w drodze do ikon producenta – Johann’a, St. Hugo, Centenary Hill i Ski! A w ubiegłym roku, podczas „Savour” – pierwszego światowego forum win australijskich w Adelajdzie, miałem okazję pojechać do Barossa Valley i okolic, by przekonać się, jak cała ta plejada rośnie, wygląda i smakuje. Nie zapominając o degustacjach podczas forum, gdzie testowaliśmy Johann’a wraz z najsłynniejszymi lokalnymi enologami, pośród takich win jak choćby Grange, Hill of Grace i Dead Arm, a St. Hugo w ośmiu kieliszkach – 7 z winami ze składowych parcel i 8-go z wynikiem ich połączenia. Żyć, nie umierać… Kiedy zatem Mikołaj zapytał, czy chciałbym wrócić do trzech z nich, nawet przez chwilę nie odmawiałem, a pierwszą z nich rozłupałem przy pierwszej sposobności. Pozostałe dwie postanowiłem wykorzystać, by przekazać tu i przez Winneblogi,, że Jacob’s Creek nie bez kozery jest corocznym wręcz partnerem Australian Open, a i Wimbledonu też się zdarzyło….

Steingarten

Steingarten

Zasiedliśmy w pięciu, jak zwykle w private room’ie Winosfery przy ul. Chłodnej, a każdy miał za zadanie przynieść butelkę Shiraza lub Rieslinga, ewentualnie obydwu, z Australii Południowo-Wschodniej, średniej lub górnej półki. Uzbieraliśmy flaszek osiem – 5 czerwonych i 3 białe, a wszystkie próbowaliśmy w ciemno z owiniętych szczelnie butelek. Każdy przyznawał punty od 1 do 10 w skali atrakcyjności, które sumowaliśmy i wyliczaliśmy średnią. Oprócz tego – każdy punktował dla własnych potrzeb, według skali używanej na swoim blogu. A oto wyniki i krótkie notki:

IMG_7116

 

2012 Jacob’s Creek Steingarten Riesling Eden

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Swobodnie może stawiać czoła europejskim klasykom i jednocześnie stanowić szablon Rieslinga z Eden i Barossa. Pachnie świeżo, morelą, sokiem z limonki, młodzieńczo, intensywnie, daleko tu do ewolucji i przyciężkawości. Jest niesamowicie orzeźwiające, eleganckie, lekkuchno surowe, długie i atrakcyjne. Wiem, że dużo przed nim, po piłem jego bardzo dojrzałe, satynowe i złożone w smaku edycje. 90 pkt. na teraz. W skali spotkania, czyli atrakcyjności, otrzymał 7,8, a u mnie 9. Przewidywana cena 99 PLN, namawiajmy Pernod-Ricard, by się wreszcie zdecydował 😉

2010 Wakefield Riesling Clare

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Bardzo ładnie rozwinięty, w szczycie formy, wszystko zgrane i w swoim czasie. Trochę nafty, trochę gruszki, brzoskwini, miodu i kapiącej od dojrzałości cytryny. Nieco szczuplejszy od kolegi powyżej i mniej trwale otulający język całym dobrodziejstwem aromatów. U mnie zasłużył na 86 punktów, a w panelowej skali odpowiednio 6,6 od gremium i 7 od tu piszącego. Kosztuje 74 złotówki w Vininowa.

2008 Peter Lehmann Riesling Eden

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Stary, dobry znajomy… Bardzo dobry! To z nim prawie 12 lat temu rozpocząłem znajomość z Aussie Riesling. Zaprawdę, trzyma klasę, aż miło i choć rozwój wina jest oczywisty od początku, w ciemno dawałem mu rok-dwa mniej. Płynie welonem, nęci kandyzowanym grapefruitem, przejrzałymi gruszkami, pieczonym jabłkiem, odrobiną miodowej gryczaności i słoności, kończąc się w sposób długi, efektowny i… przyjemnie rześki. Ode mnie 87 pkt – za klasę i wdzięk. a w skali panelu po kolei 7 i 7. Do kupienia w Winestory za 59 złociszy! (a w promocji nawet i za… 40!!! Nie wierzę….

2012 Wolf Blass Bilyara Shiraz South Australia

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Lekkie rozczarowanie, zwłaszcza w kontekście ceny rywala powyżej. Nieskomplikowane, prościuchne aż piszczy, silny czerwony owoc porzeczki i wiśni mącony jest zielenią tanin.  Przy sprawnym połączeniu z potrawa na pewno zyska, bo indywidualistą na pewno być nie  potrafi. Zakładam, że w degustacji porównawczej nie pokonałby Shiraz-Cab z bazowej linii Jacobsa. Punktów wart 82, a w panelu zyskał u mnie 4, a średnio 4,4. Sprzedają je Alkohole Świata za 40 złotówek.

2009 Jacob’s Creek Centenary Hill Shiraz Barossa

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Dla mnie – wino panelu. Solista, wino spektakularne, pluszowe, w przódy ogłuszające nos fangą aromatów wiśniowej nalewki, czereśni, jagód, śliwkowego likworu, śliwki kalifornijskiej, cedru, pieprzu, gorzkiej czekolady itd itd… W ogóle nie myśli o emeryturze – wręcz przeciwnie, zachowuje się jak młokos. Finisz jest długaśny, smakowity, świeży jak owoce rwane prosto z krzewu. Trzeba jednak oddać, że gdyby był dostępny – byłby najdroższym spośród testowanych win. Szczere 93 punkty z ciekawością na przyszłość, a w panelu 10 od autora wpisu i 9 od wszystkich razem. Pernod-Ricard wycenia je na 199 zł, a ja proszę w imieniu własnym, restauracji i winolubów – dajcie je tu!

2012 Cool Woods Shiraz South Australia

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Cool Woods przywrócił mi mi chwilę myśli o Bilyara, lecz tu wszystko dzieje się zgrabnej, dosadniej i ładniej. Także rządzi tu zdecydowanie czerwony owoc, lecz przyjemny, intensywny, troszkę landrynkowy, a całą zabawę znów psuje dojrzałość gron, przez co wino nieco gryzie dziąsła i trąci szypułkową zielenią. Chętnie jednak postawiłbym je na stole obok zacnego mięska, które pomogłoby mu pokazać się bardziej różowo. Jak na moje oko 84 punkty, panelowo 7 i 6,8. Gdzie jest do nabycia? W Domu Wina, za 45 PLN.

2012 Hereford Shiraz Heathcote

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Ta flaszka zabrała mnie w przyjemną podróż do Victorii, do Heathcote, gdzie panujące warunki nie do końca da się porównać z Barossa, Eden czy Clare. Nie było zatem wyjścia – musiało być w nim coś, co odróżniłoby je od kolegów z SA. Tanina bardzo ładnie zarysowana, chrupka, zadziorna, sporo czarnego, słodkawego owocu, nie ma jednak mowy o konfiturach i nalewkach. Są czereśnie, śliwki, jeżyna i aronia, jest korzenność, a wszystko jest przyjemnie świeże i słodkie zarazem. Tym winem spokojnie można wypełnić lukę pomiędzy słowami, a i strawa będzie mu miła.  Chętnie dam mu punktów 86 i panelową 7, a wszyscy razem taką samą siódemkę. Wino sprzedaje Dobre Wina za 99 złotówek, a w promocji za, khm khm, 39 plnów!!!)

2009 Peter Lehmann Futures Shiraz Barossa

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Na zakończenie wracamy do producenta, który jest dla mnie szczególny. Trzy, spośród czterech mistrzostw świata i Europy, w których brałem udział, były sponsorowane także przez Peter Lehmann. Był organizowany konkurs Shiraza, a całość prowadził Hans Astrom, którego zapomnieć się nie da. Wino? Wino! Wino… Znam je z tamtych czasów. Znakomicie dojrzało, czuć słodycz warzywnych, karmelowych, figowych i orzechowych nut ewolucji, pomieszanych z jagodową konfiturą i śliwkowym powidłem. Plus słodkie, aksamitne taniny. I reszty nie trzeba. Wino do zamyślenia się, ale i do kawałka pieczystego. Przyklejam mu 89 punktów, a z  panelu moje 9 i 9,2 średniej. Kupujcie w Winestory po 89 plnów.

I sami teraz osądźcie, czy na pewno dobrze znacie i prawidłowo postrzegacie Jacob’s Creek? Jeżeli macie ochotę poznać prawdę, zajrzycie tu i udawajcie, że jesteście z USA 😉

Pozostałe relacje uczestników spotkania znajdziecie na:

winiacz.com

powinowaci.pl

mariuszboguszewski.blogspot.com

ms-sommelier.pl

30 gru

Co wypić w Sylwestra?

Jak zwykle stoimy przed dylematem, jakim winem musującym pożegnać stary i przywitać nowy rok. Z pewnością w niejednej lodówce czai się parę różnych flaszek, jednak większość z nas na ten jeden dzień i tak kupi to jedno jedyne, lub jedno z niewielu w ciągu roku. A i kolekcjonerzy stoją przed dylematem, który wybór będzie tym naj naj.

Byłoby  bardzo miło witać wszystko...

Byłoby bardzo miło witać wszystko…

Odpowiedź jest tylko jedna, niezależnie od tego co lubimy i na co nas stać: najlepsze z tych w zasięgu możliwości naszego języka i portfela! Jak tu wierzyć, że nowy rok będzie lepszy, skoro przywitamy go na „pół gwizdka”, tudzież „byle byle”. Nie – nie namawiam na katowanie się kwasem, jeżeli lubimy słodycz. I odwrotnie – jeżeli cukiereczki nie są naszym wzorcem szczęścia, sięgajmy po brzytwy. Decydujcie emocjami. Sięgajmy po to , na co przez cały rok tylko zerkaliśmy.

A co wybrać? To zależy, gdzie mieszkacie. Dla mieszkańców miejscowości z niewielkim wyborem ofert importerskich, proponuję zajrzeć do jednej z sieci. One na ta okazje przygotowały nam kilka standardów i niespodzianek cenowych, dzięki którym całoroczne westchnięcia łatwiej będzie urzeczywistnić. Jeżeli mieszkacie w Warszawie, macie szczęście przebierać jak w ulęgałkach… Poniżej kilka propozycji, po które sam bym sięgnął, gdybym już nie wybrał 😉

Sklepy ogólnodostępne:

budżetowo -półsłodkie: Montanha Reserva Meio Seco z Biedronki za 17.99, a wytrawne:  najbardziej chyba niedoceniane przez cały rok – Jacob’s Creek Chardonnay-Pinot Noir Cuvee Brut, dostępne w hiper/super marketach oraz sklepach z alkoholami za około trzy dychy.

szalejemy- Hipermarkety przygotowały różne promocje Veuve Clicquot i Moet&Chandon, zaczynając od około 129 złotych, kończąc gdzieś przy 159. Inny wybór klasyka – Mumm Cordon Rouge: w Biedronce za 119 złotych w wersji Brut, a w Lidlu za 149 wersja Demi-Sec. Wybór:  wytrawny Mumm i Veuve Clicquot, zależy kto woli owoc, a kto kwiat.

Tym, którzy mieszkają w stolicy, polecam ich uwadze takie oto adresy i nazwy:

Mielżyński Wines, ul. Burakowska- Prosecco Rustico od Nino Franco za 59 PLN, znakomity Cremant d’Alsace od Bott Geyl za złotych 74, a dla fanatyków pierwowzoru, tylko i wyłącznie szampan od Deutz za 169. Jest wyśmienity! Szaleńcom polecam Amour de Deutz. Cena? Jak pytacie – to nie kupicie 😉

Wine Corner, ul. Biały Kamień – Prosecco od Malibran: moja ulubiona wytrawna Sottoriva za 54 złotówki, a dla zwolenników łagodniejszych spraw: Gorio za pięć złotych więcej

Złoto Hiszpanii, pl. Wilsona i ul Francuska – Cava Brut Reserva od Giro Ribot za 39, a najbardziej – różową Raventos y Blanc DeNit Cava za 74 złote.

Centrum Wina, sklepy w wybranych galeriach handlowych – sprawdzony przez lata Gancia z serią Cuvee Platinum: półsłodkie Asti za 52 i półwytrawne Prosecco  di Valdobbiadene za 69 złociszy.

Tymczasem wkładam moją flaszkę do  lodówki i jeszcze raz dziękuję Piotrowi & Sce za tak wspaniały prezent! Prosit!

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)