05 paź

Romantycznie i powoli

To były czasy, gdy pracowałem dla mojego ostatniego pracodawcy. Prawie dekadę lat wstecz. Postanowiłem samodzielnie zaangażować się w pracę z gastronomią, a pierwszymi celami było kilka topowych miejsc na Mazurach i Pomorzu. Nie mogło oczywiście na tej liście zabraknąć niedawno otwartego Hotelu-Spa Dr Ireny Eris na Wzgórzach Dylewskich. Gdy tam trafiłem, nie mogłem nacieszyć się widokiem kompleksu, poziomem oferty i wyposażenia hotelu. Na pierwszy rzut oka, mogłoby się zdawać, że trafiłem tu za późno. Wina dostarczały już dwie potęgi zaopatrujące restauracje i hotele w całej Polsce. Jak się jednak okazało, sprawa nie dotyczyła nowo otwartej restauracji „Romantyczna”. Jednej z pierwszych w naszym kraju, oznaczonych pięknym ślimakiem ruchu Slow-Food. Dzięki sprzyjającemu losowi, a właściwie wspaniałej postawie starszych kolegów – Piotra i Sławka, wraz z sommelierem restauracji – Marcinem Bąkiem, stworzyliśmy całkowicie nową kartę win, przy okazji ucząc serwisu całą załogę sali, szykującego się do piątej gwiazdki hotelu. Czas mijał, drogi nas wszystkich powędrowały w różne strony, a życie plotło nowe historie. W międzyczasie miałem okazję jeszcze kilka razy zajrzeć pod Lubawę, lecz ostatnie lata skutecznie w tym nie pomagały.

Dr Irena Eris i Henryk Orfinger

Dr Irena Eris i Henryk Orfinger

Jak się okazało, kilka elementów pozostało na swoich miejscach. Przede wszystkim – hotel, restauracja, i… Marcin. Plus wszystkie inne zalety, które znają wszyscy ci, którzy mieli tu okazję wypoczywać. Mogłem się o tym przekonać niedawno, korzystając z zaproszenia z kameralną kolację, mającą uwieńczyć 10-tą rocznicę „Romantycznej”. I tu chciałbym jeszcze raz gorąco podziękować gospodarzom. Nie tylko za zaproszenie, lecz także za wliczenie to tego wyjątkowego grona osób, z którymi miałem przyjemność współdzielić emocje nad talerzami i kieliszkami. Za kompozycje na talerzach, odpowiadał Łukasz Wojtas – młody Chef z „własnego chowu”. I wcale mnie to nie dziwi, bo pamiętam od dawna, że stawiano tu na ludzi z pasją i ambicją. Prawda Marcin? O winach, jak zwykle ze swadą i kolorem opowiadał Michał Poddany z winiarni Mielżyński, z którym naszą pierwszą rozmowę pamiętam jak dziś. To także było dekadę temu, a Michał chciał dołączyć do naszej czeredki.

Chef Łukasz Wojtas

Chef Łukasz Wojtas

Do dziś dnia z restauracji nie wypuszczono też ślimaka, a jakby tego było mało – na zmianę sytuacji się nie zanosi. W związku z tym, pod względem pochodzenia produktów, menu szaleje głównie na temat lokalności, jej małych rodzinnych gospodarstw, i dbania od ziarna do chleba o każdy moment i detal tej drogi. I nie powiem – było smacznie. Taki żarcik. Było zna-ko-mi-cie! Szefie – czapka na butach, a ja już się spowiadam, co porwało „kubełki smakowe” najbardziej. Uwaga uwaga – jesiotr wędzony z burakiem! Rozpoczynające wieczór burakowe historie w kilku wcieleniach, tańczące wokół ryby, która sama dawała piękną bazę do złożoności smaków i tekstur, były tak doskonałym pomysłem, że żal było nawet pić wodę, żeby nie niszczyć wrażeń. Zaraz po jesiotrze zapamiętam mojego wiecznego faworyta – siekaną wołowinę (pierwsza krzyżowa!) i białą rzodkiew, a jeszcze bardziej – biały barszcz na wędzonej gęsinie. Normalnie – reszty nie trzeba! Świetnie udał się pomysł na warzywne risotto z makrelą, jagnięciny z serem owczym zjadłbym sześć talerzy, mleka z owocami i rukolą za wszystkich (tak – lubię cukier), a selekcja lokalnych serów naprawdę była selekcją naprawdę lokalnych serów. Gratulacje. Szacunek. Brawa.

Takich buraków potrzeba temu krajowi

Takich buraków potrzeba temu krajowi

A takich słodyczy potrzeba temu Tomkowi

A takich słodyczy potrzeba temu Tomkowi

Wieczór zakończyła selekcja nalewek serwowana z marcinowej prawej ręki. I  niech to się nie zmienia. Bez nich, przejedzony i szczęśliwy, pewnie nie zdążyłbym na 9-tą rano do Warszawy.

Harfa w tle, natura za oknem, nalewki przed nosem. Ech...

Harfa w tle, natura za oknem, nalewki przed nosem. Ech…

 

 

14 cze

Podwójnie sfermentowani metodą klasyczną

Oj! Długo mnie tu nie było… Wymówek dla takiego stanu rzeczy znalazłbym sobie bez trudu spory pęczek. Nawet teraz jestem mile zaskoczony, że wreszcie się udało… Chyba z rozpędu palców, gdzieś między kończeniem nowego programu szkoleniowego a szlifowaniem foodpairingowej broszury. A przecież w międzyczasie wydarzyło się tyle spraw, o których chciałem napisać. Do niektórych pewnie jeszcze wrócę, o reszcie nie ma już co dywagować. Mistrzostwa Świata i Polski i znakomite występy Piotra Pietrasa są tego najlepszym przykładem. Na wszystkich innych forach powiedziałem i powiedziano już o nich chyba wszystko…

Historia, która znalazła siłę by znów mnie tu przywieść, zdarzyła się całkiem niedawno. Ot, raptem tydzień temu. Jednak zaczęła się dużo wcześniej, przed drugim długim weekendem maja, w drodze do Lizbony, gdzieś między punktem check-in i bramką nr 28 na warszawskim Okęciu. W tym czasie telefon zadzwonił dwa razy. I obydwa połączenia zwiastowały coś nowego. O pierwszym nie wspomnę, a drugi wykonał Wojtek Bońkowski. Rzadko ze sobą rozmawiamy na linii. Lecz gdy już tak się stanie, zazwyczaj nie pozostaje to bez pokłosia. Tym razem było nim zaproszenie do udziału w Pop Up Double Ferment. Fantastycznie wymyślonym wydarzeniu, w którym sommelierzy i dziennikarze winiarscy przedstawiali swoje punkty widzenia na temat opowieści Krzysztofa Rabka, szefa gwiazdorskiej „Odette”, występującego na wyjeździe w gościnnych progach nowego „Rozbrat 20”.

Pop Up Double Ferment Team Zdjęcie @Pop Up Ferment

Pop Up Double Ferment Team Zdjęcie @Pop Up Ferment

Fermentacyjnego marsza grały takie oto trzy pary i solista. Przyznam, że bardzo, bardzo podobał mi się pomysł wspólnej zabawy z Tomkiem Prange-Barczyńskim. Powód? Jeden? Wolne żarty…. Jest ich tyle, że nawet nie ma co zaczynać…. Banan na licu i basta! I choć gdzieniegdzie, dla podgrzania atmosfery, wydarzenie przedstawiano jako walkę, muszę przyznać, że jakoś od samego pomysłu aż do digestifu, odbierałem(-liśmy) całość jako przednią zabawę dla wszystkich, a najbardziej dla Krzysztofa Rabka. Oj! Dowcipniś i artysta z Jegomościa. W ramach przygotowawczej degustacji spróbowaliśmy… zbliżonego tematycznie deseru, a przy okazji wysłuchaliśmy opowieści o pomysłach, które wszyscy skrzętnie notowaliśmy na karteczkach. Jak się okazało, wcześniejsze degustowanie całego menu w rzeczy samej nie miało najmniejszego sensu…

Czego się nie zrobi dla marketingu... ;-) Fight! Zdjęcie @Mariusz Cofta

Czego się nie zrobi dla marketingu… 😉 Fight! Zdjęcie @Mariusz Cofta

Na potrzeby wieczoru mogliśmy swobodnie wybierać z win dostępnych na polskim rynku, z górnym limitem pieniążków potrzebnych na zakup każdej flaszki ustalonym na pułapie złotych brutto 100. Słowa spisane na kartkach na siłę wpychały do głowy niepokojącą myśl: „Biel! Bierz biele!”. Ta drogą, z doskonałym rozpoznaniem tematu i sukcesami, kroczyła już perełka restauracji, czyli sommelierka Ewelina Brdak. Jej współpracę z szefem dane było mi już zresztą poznać, spędzając dwa miesiące temu miły wieczór z winnym przyjacielem. Nie byłbym jednak sobą, Tomek zresztą także do takiej postawy się do przyznał, gdybym nie zaryzykował choć odrobinę ciemniejszych kolorów tu i tam. Ja postawiłem na róż przy anchois, którego jednak prawie nie było, i ciemny róż przy deserze, w którym na daremno próbowaliśmy się doszukać miodu i bzu w wersji z degustacji… Takich niespodzianek było zresztą więcej, także przez kolejne dni. Pamiętam jak dziś słowa Krzysztofa Rabka, wypowiedziane mimochodem do skrupulatnie degustującego i zapisującego wrażenia z naszej kolacji Wojtka Bońkowskiego: „Nie notuj. Jutro i tak będzie inaczej”. I jak z relacji Wojtka i Adama wynika, a także zdjęć talerzy z ich wieczoru, zdecydowanie nie kłamał….

Menu w pełnej krasie. Słownej... Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

Menu w pełnej krasie. Słownej… Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

I nasze wybory na jego temat Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

I nasze wybory na jego temat Zdjęcie @Tomasz Prange-Barczyński

Cala historia przyniosła wiele bardzo ciekawych i przyjemnych wrażeń i doświadczeń. Po pierwsze – najważniejsza jest dobra zabawa, a takiej było w bród. Po drugie – każde wino, sommelier i dziennikarz, jest bezbronny wobec fantazji i nieokiełznania twórcy potraw, jednak nawet wtedy dzielnie stoimy na posterunku dobrego smaku. A po trzecie i nieostatnie – bardzo bym się ucieszył, gdyby był to początek nowej świeckiej tradycji.

I co teraz? Teraz trzeba biec na Rozbrat 20, bo dziś i jutro Krzysztof tworzy wspólnie z Markiem Flisińskim z nałęczowskiej Water&Wine. Jego talent także długo można by opisywać, a dania z kilku dotychczasowych degustacji wciąż grają mi w myślach. Ograniczę się tylko do jednej rekomendacji – wraz z kilkoma kolegami po fachu mamy już zarezerwowany stolik na jutrzejszą kolację. Tym bardziej, że na gościnnych występach pojawi się także nasz młody mistrz Kamil Wojtasiak, zwykle błyszczący i nadający tonu mojej ulubionej Butchery&Wine.

 

16 lis

Wine Avenue to Mercato Piemontese

"Dzikie" pappardelle @Mercato

I to by było na tyle z piemonckich planów na ten rok… Plany były wielkie, a rzeczywistość brutalna. Nie będzie Trattoria Nelle Vigne. Nie zajrzę do nowego hotelu Massimo Pastury z Cascina La Ghersa. Nie zajrzę do Grandi Vini Alba po zapasy unikatów. Ba! Nawet trufelka nie będzie dane kupić na Via Vittorio Emmanuele…

W tej pełnej żałości rozterce zastała mnie wiadomość z Wine Avenue. Chwalili się, że wraz z Mercato przy Pięknej urządzają piemoncką kolację. Przy okazji byli tak mili, że znaleźli tam miejsce o dla mnie. I weź tu odmów… Zatem nie odmówiłem! Z kilku zresztą powodów. Po pierwsze – nie było okazji do tej pory zapoznać się obydwoma projektami. Po drugie – nazwy i nazwiska na winach były bardziej, z mojej perspektywy, niż interesujące.

Siedzą, piją, jedzą śledzie... @Mercato

Siedzą, piją, jedzą śledzie… @Mercato

Lodowatym wieczorem zasiedliśmy zatem przy długaśnym, szczupłym stole, Panie Kelnerki serwowały specjały, opowiadał o nich jeden z właścicieli Mercato – Michał Szadkowski, a wina otwierał i o nich recytował Tomasz Zaremba z Wine Avenue. I już spieszę pisać, co to były za typki.

"Dzikie" pappardelle @Mercato

„Dzikie” pappardelle @Mercato

Do przekąsek sączyliśmy Calaeno Roero Arneis DOC za złociszy 72. Cena jak na szczep dość poważna, lecz i wino w tym guście. Arneis zazwyczaj zgrywa przyjemniaczka – tu trochę wosku, tam trochę ziół, tu sporo owocu, a ten dokładał do zabawy nuty orientalnych przypraw, egzotyczność, materię i powagę. Na niedzielę w sam raz.

Po rozgrzewce ruszyliśmy rozprawić się z jednym z moich ulubieńców – Ruche di Castagnole Monferrato DOCG, i to w dwóch odsłonach. Kto nie próbował Ruche z tej apelacji – powinien to zaraz nadrobić. Kto próbował – namawiać już nie muszę…

Obydwa mega kwiatowe, z różą i geranium wręcz przytłaczającymi soczysty, truskawkowo-porzeczkowy owoc, wzbogacony wyraźniejszą wiśnią w wersji droższej, tak jak i solidniejszą materią, co jest argumentem dla tych, którzy jej szukają. W obydwu nie brakuje jednego – alkoholu! Tu od razu możecie zakładać, że będzie ciepło w gardziołkach. Za takie zabawy trzeba zapłacić odpowiednio – 75 i 93 złocisze. Jako że nie chciało mi się dźwigać na mrozie, wyszedłem z butelką tego drugiego, a po pierwsze wpadnę przy najbliższej okazji…

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Ostatnie dwie czerwienie reprezentowały stajnię, która uwielbiam od ładnych 15 lat, gdy miałem przyjemność poznać Norberta Reinisch’a, zięcia Giacomo „Braida” Bologna, który w świecie Barbery był cesarzem, a jego Bricco del Uccellone jest szablonem możliwości Barbery d’Asti i nie tylko tej.

My próbowaliśmy Montebruna Barbera d’Asti DOC, którą znam od lat na wylot. Inna sprawa, że przez lata wspólnych wspomnień i przygód z winami „Braidy” i Norbertem nazbierało się wiele, jak choćby jedna z ostatnich flaszek „Uccellone” 1989 z 3 litrowej flaszki. Taaak… Ale ale… Montebruna! Montebruna jest doskonałym przykładem klasy i relacji do ceny. Nie jest tania, lecz Merecedesy nigdy nie są tanie. Także „C” klasa… No, chyba że używana, lecz kto chciałby kupić używaną flaszkę? Drugim z win pd Giacomo był Il Baciale Monferrato Rosso DOC, czyli wino z „apelacji-fortelu”, dzięki której można utrzymać status win, używając nietradycyjnych odmian przede wszystkim. A tu do Barbery domieszano Pinot Nero, Cabernet Sauvignon i Merlot. Fajne, z chrupką taniną, nerwem, owocowym urokiem i eleganckim odzieniem. Obydwa wina kosztują po 104 złotówki, gwarantują za to totalny brak zażaleń.

A na koniec – Moscato d’Asti. I co Wam będę opowiadał. jakie jest – każdy widzi i cieszy się lub omija. Tu mamy edycję smukłej treści, co świetnie wróży kompanii do serników i macedonia, nie mówiąc o zmrożonym na koniec długiego wieczoru.

 

30 paź

Łakocie zdziwienia

Kieliszki na Próżnej

W życiu chyba każdego zaprawionego Sączy Pącze, najfajniejsze są te chwile, gdy w atmosferze beztroskiego podejścia do życia, jeden łyk czy niuch soku z gumijagód, wprawia go w stan zwany zaskoczeniem, uwieńczony chwilą zadumy, co najlepsze  – wręcz okraszonej refleksją…

W ostatnich dniach dwie z takich przyjemnych niespodzianek zafundowały mi wina, których choć byłem ciekawy, to jednakowoż podszedłem do nich skażony stereotypem szablonu oczywistości. No bo przecież Nowa Zelandia. No bo przecież wszystko jasne. Nawet, jeżeli regiony to nie Marlborough, to przecież nie raz przyszło się już nimi spotykać.

Greystone + Waipara = poproszę!

Greystone + Waipara = poproszę!

Pierwszą niespodziewankę zafundowała mi wizyta w „Kieliszkach na Próżnej„, gdzie swoje wina prezentował nowy nabytek Wines United – winnica Greystone, z położonego na północnej połowie Wyspy Południowej regionu Waipara. Pogawędka z Nikem Mavromatisem to jedna przyjemność, a drugą zafundowały flaszki. Podstawowe Sauvignon 2014 jest fajną kontrą do rozbuchanego stylu Marlborough – stonowane, solidne, w europejskim stylu. Jego większy brat z tego samego rocznika, jest piękną kombinacją rozłożystości i świeżości bukietu z treściwością i czystością palety. Pinot Gris 2013 wpisuje się nowozelandzki, bezpardonowy, krągły styl, za to ujmuje rozsądną materią. Mniejszy z braci Pinot Noir 2013 jest bezczelnie smaczny, beztroski, a siłą nuty owocowej zawstydziłby niejeden sorbet. Większy z rodzeństwa, Grey’s Peak 2013 do tej siły dodaje nie tylko oczywistą elegancję i złożoność, lecz nie waha się rozsądnie użyć powabu dobrze skrojonej szaty powabu.

Niejeden burgund z zazdrości spłowiałby do reszty

Niejeden burgund z zazdrości spłowiałby do reszty

Najlepsze jak zwykle na koniec. Tygodnia? Miesiąca? A może zebrania zarządu Stowarzyszenia Sommelierów Polskich? Nieważne! Grunt, że po zakończonych obradach, w „Wine Taste by Kamecki” ulokowanym w Cosmopolitan, znów pojawił się Piotr Wyszomirski z Wines United, i znów zafundował gratkę na gratki nie lada – Ata Rangi Pinot Noir Martinborough 2011. Kto choć raz próbował ich win, wie doskonale, że to osobna historia. Ata Rangi to… Ata Rangi to… Ata Rangi to Ata Rangi. I tyle… Pamiętający Somm&Chef Dinner W’15, o której pisałem w poprzednim wpisie, mieli doskonałą okazje się o tym przekonać przy daniu nr 3. Dobrze. Nieważne. Ważne dziś jest tylko to jedno wino. Próbowałem niepowtarzalnego, równie pięknego, choć różniącego się Felton Road. Próbowałem wielu wspaniałych Pinot Noir z Nowej Zelandii. Wierzcie mi, lub nie – to wino, gdy wędrowałem z kieliszkiem w stronę stołu, dosłownie zatrzymało mnie w pół kroku. Szlachetne, chirurgicznie precyzyjne, klasowe, bardziej burgundzkie od wielu oryginałów, aromatycznie schludne, skrojone na miarę wirtuozów stylu, z satynowym ciałem i chrupką, drobniuteńką taniną. Ojejujeju! Niezapominalne… Kosztuje 199 złociszy, co jest ceną jak z wyprzedaży, wobec emocji gwarantowanych dla każdego pinomaniaka.

17 lut

Wodnista Rioja

To będzie jeden z ostatnich sążnistych wpisów na tym blogu. Z prostych i oczywistych powodów: krótsze, skierowane w jeden punkt, łatwiej się i pisze, i czyta. To będzie też jeden z niewielu, gdy będę sięgał po własne umiejętności fotografa. No cóż… Nobody is perfect, a w tej materii nie mam na imię Nobody…

Rzadko o tym wspominam, lecz oprócz sommelierskich, mam tez papiery żywieniowe, kucharskie i hydrauliczne. Te drugie z edukacji, a dwa ostatnie… ze „słonecznej Italii”. Jak zdobywa się tam takie uprawnienia? Otóż jest to bardzo proste…

Kilka lat temu, wraz z Andrzejem Strzelczykiem, zostaliśmy zaproszeni przez marki San Pellegrino i Acqua Panna, do wzięcia udziału w kursie hydrosommelierskim, organizowanym przez mistrza świata sommelierów AD 1978, Giuseppe Vaccariniego. Wraz z laboratoriami Nestle Waters, stworzył „Water Codex„. Dni szkoleń w międzynarodowym gronie, warsztatów z Mistrzem i Yoel’em, jego asystentem, wizyta w Dolinie Brembo, gdzie bije źródło San Pellegrino. To były piękne dni… Świeciło słońce… Buszowaliśmy tez po Parmie, odwiedziliśmy producentów Prosciutto di Parma i Culatello di Zibello, a na koniec przeszliśmy szybki kurs wyższej jazdy gotowania w ALMA – szkole prowadzonej przez gwiazdkowych szefów kuchni i cukierników, wychowujących nowe generacje gastronomicznych wirtuozów. I owszem – gotowałem świetnie wcześniej, a po kursie, jeszcze lepiej!

Jakiś czas później podobny program,przy wsparciu Matiasa Glusmanna, wprowadziła Cisowianka. Jeszcze dziś pamiętam spotkanie w Vitkacu, gdzie testowaliśmy Perlage i Classique w towarzystwie Dom Perrignom’ów, Krug’ów i rocznikowych Moet’ów. To był piękny dzień… Świeciło słońce….

Gdy więc dowiedziałem się, że Cisowianka, w swojej nałęczowskiej siedzibie urządziła restaurację pod wodza Marka Flisińskiego, a Piotr Kamecki partneruje sprawie, nie dałem się dwa razy namawiać i dołączyłem do Perlage Tasting Club. Pierwszy raz udałem się tam we wrześniu. Zwiedziliśmy mega nowoczesny zakład, porozmawialiśmy z pracownikami laboratorium (kopalnia wiedzy!), popróbowaliśmy niecodziennych Pinot Noir z różnych stron świata (nawet naturalistów z Sierra do Malaga), a na koniec, zasiedliśmy do menu degustacyjnego, opartego tylko na lokalnych produktach. I powiem tak: smak chipsa z kaszy z borowikami i rosołu z wędzonego węgorza z kwaszonym ogórkiem i przepiórczym jajkiem, to osobna szufladka w mózgowych zwojach. jedna rzecz jest niestety smutna – by tego wszystkiego móc spróbować, trzeba być pracownikiem Cisowianki (lunch!), lub dołączyć do klubu…

Forma czysta i lokalne smaki, czyli to, co lubię.

Forma czysta i lokalne smaki, czyli to, co lubię.

20150116_115012

Ostatnim razem na warsztat trafiła Rioja, i to z nie byle jakich domów – Bai Gorri, Burgo Viejo i producent wina, na widok którego zachowuję się jak kot po mięcie, czyli Vina Tondonia i jej białości. Porównanie tych domów to zadanie wręcz niemożliwe – gęste, dżemowe, modernistyczne Gorri, gładkie, soczyste, tradycyjne Burgo i wręcz ortodoksyjna Tondonia. Wszystko zależy od preferencji testującego i nastroju. Mi, jak zwykle, w głowie zaszumiała biała Reserva Tondonii, lecz przy chłodzie na zewnątrz i świetnym humorze w doborowym towarzystwie, Garage od Bai Gorri także zyskało moja ogromna sympatię, jak i inne próbowane wina tejże proweniencji. Kto ma ochotę sam sprawdzić, który biegun Rioja jest mu bliższy, niechaj szuka w Wine Taste i Winkolekcji.

Dwóch głównych bohaterów degustacji

Dwóch głównych bohaterów degustacji

20150116_163606

Za drugim razem menu próbowaliśmy całkiem innego. Cięższego, ale i bardzo zadziornego w kilku miejscach. Najbardziej w porannej przekąsce, gdy widząc moją minę, dzięki uprzejmości Piotra i Kucharzy, ratowałem egzystencję sycącą, orientalną zupą tonka… Z samego menu najmocniej zapamiętałem pierwsze i ostatnie dwa dania, co pewnie zdziw tych, którzy znają moje podejście do foie gras. Tym razem jednak było go tyle, ile trzeba, dzięki czemu stanowiło integralną część smaku, a nie ciężką dominantę dla samego faktu spożywania kosztownego wiktuału. Tylko przy kozinie moje myśli wędrowały ku płomieniom, które z mojej perspektywy, obok marynaty, lub wyjałowienia smaku mięsa, są w tej materii kluczowe. Inna sprawa, że jeszcze na żadnym kontynencie kozina nie porwała mnie do szaleństwa. To chyba kwestia osobista, za co zwierzątko srogo się zemściło, wciąż śniąc mi się po nocach tak, jak na ostatnim zdjęciu. Na szczęście nie ma jak trzymać noża i bazuki, bo niechybnie moje słabe serce takiej presji by nie zniosło…

Niniejszym jeszcze raz dziękuję za ratunek, świetną kompanię i mnóstwo wiedzy, i niecierpliwie czekam na wiosenne menu. A Wam, jeżeli ktoś zapyta, nie radze odmawiać wizyty w Nałęczowie.

Szef jak widać, nie boi się ani kontrowersji, ani klasyki...

Dwóch bohaterów z różnych biegunów…

20150116_163309 20150116_170806