16 lis

Wine Avenue to Mercato Piemontese

"Dzikie" pappardelle @Mercato

I to by było na tyle z piemonckich planów na ten rok… Plany były wielkie, a rzeczywistość brutalna. Nie będzie Trattoria Nelle Vigne. Nie zajrzę do nowego hotelu Massimo Pastury z Cascina La Ghersa. Nie zajrzę do Grandi Vini Alba po zapasy unikatów. Ba! Nawet trufelka nie będzie dane kupić na Via Vittorio Emmanuele…

W tej pełnej żałości rozterce zastała mnie wiadomość z Wine Avenue. Chwalili się, że wraz z Mercato przy Pięknej urządzają piemoncką kolację. Przy okazji byli tak mili, że znaleźli tam miejsce o dla mnie. I weź tu odmów… Zatem nie odmówiłem! Z kilku zresztą powodów. Po pierwsze – nie było okazji do tej pory zapoznać się obydwoma projektami. Po drugie – nazwy i nazwiska na winach były bardziej, z mojej perspektywy, niż interesujące.

Siedzą, piją, jedzą śledzie... @Mercato

Siedzą, piją, jedzą śledzie… @Mercato

Lodowatym wieczorem zasiedliśmy zatem przy długaśnym, szczupłym stole, Panie Kelnerki serwowały specjały, opowiadał o nich jeden z właścicieli Mercato – Michał Szadkowski, a wina otwierał i o nich recytował Tomasz Zaremba z Wine Avenue. I już spieszę pisać, co to były za typki.

"Dzikie" pappardelle @Mercato

„Dzikie” pappardelle @Mercato

Do przekąsek sączyliśmy Calaeno Roero Arneis DOC za złociszy 72. Cena jak na szczep dość poważna, lecz i wino w tym guście. Arneis zazwyczaj zgrywa przyjemniaczka – tu trochę wosku, tam trochę ziół, tu sporo owocu, a ten dokładał do zabawy nuty orientalnych przypraw, egzotyczność, materię i powagę. Na niedzielę w sam raz.

Po rozgrzewce ruszyliśmy rozprawić się z jednym z moich ulubieńców – Ruche di Castagnole Monferrato DOCG, i to w dwóch odsłonach. Kto nie próbował Ruche z tej apelacji – powinien to zaraz nadrobić. Kto próbował – namawiać już nie muszę…

Obydwa mega kwiatowe, z różą i geranium wręcz przytłaczającymi soczysty, truskawkowo-porzeczkowy owoc, wzbogacony wyraźniejszą wiśnią w wersji droższej, tak jak i solidniejszą materią, co jest argumentem dla tych, którzy jej szukają. W obydwu nie brakuje jednego – alkoholu! Tu od razu możecie zakładać, że będzie ciepło w gardziołkach. Za takie zabawy trzeba zapłacić odpowiednio – 75 i 93 złocisze. Jako że nie chciało mi się dźwigać na mrozie, wyszedłem z butelką tego drugiego, a po pierwsze wpadnę przy najbliższej okazji…

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Ostatnie dwie czerwienie reprezentowały stajnię, która uwielbiam od ładnych 15 lat, gdy miałem przyjemność poznać Norberta Reinisch’a, zięcia Giacomo „Braida” Bologna, który w świecie Barbery był cesarzem, a jego Bricco del Uccellone jest szablonem możliwości Barbery d’Asti i nie tylko tej.

My próbowaliśmy Montebruna Barbera d’Asti DOC, którą znam od lat na wylot. Inna sprawa, że przez lata wspólnych wspomnień i przygód z winami „Braidy” i Norbertem nazbierało się wiele, jak choćby jedna z ostatnich flaszek „Uccellone” 1989 z 3 litrowej flaszki. Taaak… Ale ale… Montebruna! Montebruna jest doskonałym przykładem klasy i relacji do ceny. Nie jest tania, lecz Merecedesy nigdy nie są tanie. Także „C” klasa… No, chyba że używana, lecz kto chciałby kupić używaną flaszkę? Drugim z win pd Giacomo był Il Baciale Monferrato Rosso DOC, czyli wino z „apelacji-fortelu”, dzięki której można utrzymać status win, używając nietradycyjnych odmian przede wszystkim. A tu do Barbery domieszano Pinot Nero, Cabernet Sauvignon i Merlot. Fajne, z chrupką taniną, nerwem, owocowym urokiem i eleganckim odzieniem. Obydwa wina kosztują po 104 złotówki, gwarantują za to totalny brak zażaleń.

A na koniec – Moscato d’Asti. I co Wam będę opowiadał. jakie jest – każdy widzi i cieszy się lub omija. Tu mamy edycję smukłej treści, co świetnie wróży kompanii do serników i macedonia, nie mówiąc o zmrożonym na koniec długiego wieczoru.

 

30 paź

Łakocie zdziwienia

Kieliszki na Próżnej

W życiu chyba każdego zaprawionego Sączy Pącze, najfajniejsze są te chwile, gdy w atmosferze beztroskiego podejścia do życia, jeden łyk czy niuch soku z gumijagód, wprawia go w stan zwany zaskoczeniem, uwieńczony chwilą zadumy, co najlepsze  – wręcz okraszonej refleksją…

W ostatnich dniach dwie z takich przyjemnych niespodzianek zafundowały mi wina, których choć byłem ciekawy, to jednakowoż podszedłem do nich skażony stereotypem szablonu oczywistości. No bo przecież Nowa Zelandia. No bo przecież wszystko jasne. Nawet, jeżeli regiony to nie Marlborough, to przecież nie raz przyszło się już nimi spotykać.

Greystone + Waipara = poproszę!

Greystone + Waipara = poproszę!

Pierwszą niespodziewankę zafundowała mi wizyta w „Kieliszkach na Próżnej„, gdzie swoje wina prezentował nowy nabytek Wines United – winnica Greystone, z położonego na północnej połowie Wyspy Południowej regionu Waipara. Pogawędka z Nikem Mavromatisem to jedna przyjemność, a drugą zafundowały flaszki. Podstawowe Sauvignon 2014 jest fajną kontrą do rozbuchanego stylu Marlborough – stonowane, solidne, w europejskim stylu. Jego większy brat z tego samego rocznika, jest piękną kombinacją rozłożystości i świeżości bukietu z treściwością i czystością palety. Pinot Gris 2013 wpisuje się nowozelandzki, bezpardonowy, krągły styl, za to ujmuje rozsądną materią. Mniejszy z braci Pinot Noir 2013 jest bezczelnie smaczny, beztroski, a siłą nuty owocowej zawstydziłby niejeden sorbet. Większy z rodzeństwa, Grey’s Peak 2013 do tej siły dodaje nie tylko oczywistą elegancję i złożoność, lecz nie waha się rozsądnie użyć powabu dobrze skrojonej szaty powabu.

Niejeden burgund z zazdrości spłowiałby do reszty

Niejeden burgund z zazdrości spłowiałby do reszty

Najlepsze jak zwykle na koniec. Tygodnia? Miesiąca? A może zebrania zarządu Stowarzyszenia Sommelierów Polskich? Nieważne! Grunt, że po zakończonych obradach, w „Wine Taste by Kamecki” ulokowanym w Cosmopolitan, znów pojawił się Piotr Wyszomirski z Wines United, i znów zafundował gratkę na gratki nie lada – Ata Rangi Pinot Noir Martinborough 2011. Kto choć raz próbował ich win, wie doskonale, że to osobna historia. Ata Rangi to… Ata Rangi to… Ata Rangi to Ata Rangi. I tyle… Pamiętający Somm&Chef Dinner W’15, o której pisałem w poprzednim wpisie, mieli doskonałą okazje się o tym przekonać przy daniu nr 3. Dobrze. Nieważne. Ważne dziś jest tylko to jedno wino. Próbowałem niepowtarzalnego, równie pięknego, choć różniącego się Felton Road. Próbowałem wielu wspaniałych Pinot Noir z Nowej Zelandii. Wierzcie mi, lub nie – to wino, gdy wędrowałem z kieliszkiem w stronę stołu, dosłownie zatrzymało mnie w pół kroku. Szlachetne, chirurgicznie precyzyjne, klasowe, bardziej burgundzkie od wielu oryginałów, aromatycznie schludne, skrojone na miarę wirtuozów stylu, z satynowym ciałem i chrupką, drobniuteńką taniną. Ojejujeju! Niezapominalne… Kosztuje 199 złociszy, co jest ceną jak z wyprzedaży, wobec emocji gwarantowanych dla każdego pinomaniaka.

20 sty

The Fine Food Group okiem proroka

Wczesnojesienne przedpołudnie. Ogródek w  żoliborskim klimacie Placu Inwalidów. Szybka kawa na dwóch – piszący i Marek Kozioł, którego miałem okazję poznać jeszcze za czasów jego pracy u poprzedniego importera. Dziś to as w rękawie The Fine Food Group. Dlaczego as? Kto miał okazję poznać, lub współpracować jako klient – ten doskonale wie. Nad brzegiem filiżanki wspominamy stare czasy, budujemy wizje przyszłych, rozmawiamy o aktualnym, już znakomitym stanie oferty nowego pracodawcy. O kolejnych nazwiskach czekających na wprowadzenie, budzących jeszcze większą sympatię do ciągle budującego się portfolio… Gdzieś pomiędzy jednym a drugim zdaniem, rozemocjonowanej widokiem kart przed oczami głowie, wypsnęły się słowa o powoli rodzącym się zamiarze ujawniania myśli drukiem w przestrzeni internetu …

Nie upłynęło wiele czasu, a przy biurku zjawiła się przesyłka 6 win wybranych przez p.Marka. Nie trzeba było być prorokiem, by widząc napisy na etykietach wiedzieć, że rutynowe przejście nad tą paczką będzie stratą dla wszystkich – win, importera, a i mi przecieknie przez palce wiele ziemskiego dobra… Postanowiłem zatem rozliczyć się z tą szóstka na spokojnie, dogłębnie i w najlepszych możliwych okolicznościach. I takie podejście to był strzał w dziesiątkę! Każda z flaszek, odpowiednio potraktowana i dobrana do okoliczności, stawała się historią samą w sobie. Ponieważ obiecałem o nich napisać razem, teraz wracam do notatek na biurku i wrażeń w pamięci…  W międzyczasie TFFG zostało wybrane „Importerem roku” Grand Prix Magazynu Wino. I jakoś wcale mnie to nie dziwi… Cytując klasyka: „Wiedziałem, że tak będzie’ 😉

A teraz czas na małą niespodziankę: w środku wpisu znajdziecie pytanie. Spośród prawidłowych odpowiedzi w komentarzach pod wpisem, wylosuję rączkami „Sierotki” zwycięzcę, który zostanie nagrodzony przez The Fine Food Group jedną z flaszek tu ocenionych. Sami zobaczycie – warto!!!

2012 Sequillo White Swartland – 

Sequillo White

40% Chenin Blanc przy współpracy z Clairette Blanche, Viognier, Verdelho,
Semillon Blanc i Gris, dłuuugo fermentowane i dojrzewające nad osadem w starych burgundzkich baryłkach, zrodziły wino wielowarstwowe, bez nachalności, mineralne, lekko maślane, miodowe i pikantne, ujmujące świeżym owocem, a przede wszystkim dynamiczne niczym Carl Lewis i silne jak Mike Tyson. Spokojnie może zagrać solową partię, lecz nie znaleźć mu godnego towarzysza na stole szkoda. Lubi krótką dekantację w wąskiej karafce, być pite w temperaturze 12-14 stopni, z mniejszych kieliszków do czerwonego Bdx, albo z tych do Chardonnay. Bez wahania już warte 92 punktów, a że pożyje jeszcze ładnych parę lat, niedługo może być i lepiej/ Cena 119,90.

2009 Familia Gracez Silva Amayna Barrel Fermented Sauvignon Blanc Leyda –

amayna sauvignon barrel

O tej porze roku zwłaszcza, lub kolacyjną porą, takie wina mają swoje najlepsze „pięć minut”. Kapiące dojrzałymi do rozpuku owocami – grapefruitem, mango, pigwą, brzoskwinią, przy tym wyraźnie waniliowe, miodowe, maślane, z odrobiną białej czekolady i gałki muszkatołowej. Wszystko misternie już splecione w welon. Absolutnie pokocha pieczoną i smażoną wieprzowinę, szlachetne owoce morza i treściwe ryby, drób, dzikie ptactwo, a nawet wysmażone i wypieczone czerwone mięsiwa – wszystko w korzennych, maślanych, serowych, śmietanowych, cięższych, aromatycznych, nie pikantnych sosach.  Pijcie je w temperaturze ok. 14C, w kieliszkach do Pinot Noir/Nebbiolo, koniecznie dekantujcie nawet i godzinę-dwie. Ode mnie 90 puntów za cenę 119 PLN.

2013 Tormentoso Bush Wine Pinotage Coastal – 

tormentoso pinotage

 Pinotage nie jest łatwą w odbiorze odmianą, Zależnie od stylistyki winiarza potrafi straszyć początkujących przygodę z nim aromatami zwierzęcymi, hardà taniną i wysoką kwasowością. Na drugim biegunie leżą skoncentrowane, beczkowe osiłki, słone, uwędzone i likworowe jednocześnie. Pośrodku za to można znaleźć takie oto cukiereczki jak Tormentoso. Wciąż dość młodzieńcze, zgrabne, a jednocześnie konfiturowo-landrynkowo urocze. Spokojnie sprawdzi się jako wino imprezowe, a przy okazji całkiem użyteczne przy łączeniu ze strawą, także typowo polska – bitkami, pieczeniami i gulaszem, gęsiną i kaczką w słodszych kompaniach, a nawet z dobrze doprawionymi czosnkiem i pieprzem wędlinami. Lubi być chłodny jak 16 stopni, pity z kieliszków do Sangiovese/Rieslinga, nie prosi o dekantację, kosztuje 59,90, zbiera ocenę 86. A teraz pytanie konkursowe – w którym roku i gdzie Pinotage został przekazany światu po raz pierwszy?

2012 Langmeil Orphan Bank Shiraz Barossa –

lagmeil orphan shiraz

Czytacie: Barossa – myślicie: czekolada! W tym przypadku: i tak, i nie. A zasadzie – guzik prawda! Wszem – czekoladowych nut tu nie brakuje, lecz na pierwszy plan wysuwają się lubiane i pożądane w tej sprawie kalifornijskie śliwki, borówki, czarne wiśnie, pieprz, lukrecja i wiśniówka. Cała jednak zabawa w tym, że całość, wraz z pluszowymi taninami, jest znakomicie napędzana orzeźwiającą nutą czerwonych owoców schowaną w tle. Solista, bohater wieczoru, lecz i team-player. Podziękuje za jagnięcinę, lecz i stekiem z tuńczyka nie pogardzi, jak i nawet śliwkami w boczku, dojrzałymi cheddarem i goudą. By pić je w stopniach 18 po krótkiej dekantacji, trzeba wydać 219 złotówek. Wtedy można zabrać wszystkie 93 pkt i baaardzo ładny finał wieczornego spotkania.

2011 Sequillo Red Swartland –

sequillo red

Wracamy do Afryki, lecz mierzymy się z inną kategorią wagową. Na ring wchodzi zawodnik super postury, dajmy na to – Lennox Lewis. Potężnie umięśniony, szybki jak błyskawica, o niebotycznym zasięgu rażenia, a przy tym elegancki i fantazyjnie przystrzyżony. Tak własnie odbieram Sequillo Red. Jest silne jak tur, pręży muskuły, lecz czuć, że stoi za nim wiedza i dyscyplina taktyczna trenera, umiejętnie i inteligentnie wprowadzana w życie przez podopiecznego. Koniecznie potrzebuje sparring-partnera, który powstrzyma jego energię. Mięcho! Kawał jędrnego mięcha! Do oglądania najlepiej po kilkugodzinnej dekantacji, rozgrzany do 18 stopni, w kieliszku do Shiraz/Amarone. Sędzia punktuje go na 91, agent za walkę żąda bardzo godziwych 119,90.

2011 Familia Garcez Silva Amayna Syrah Leyda –

amayna syrah

To wino powinno nazywać się nie Amayna, lecz Amaltea. Ewentualnie – Róg Obfitości. Lubicie Amarone? Lubicie gęste, niemal czarne, bezpardonowe w swej bezczelnej atrakcyjności wina? Takie do kominka, filmu, książki, pogaduchy? Nad którymi nie chcesz się zastanawiać, tylko je niemalże jeść? To masz takie oto gotowe rozwiązanie, w dodatku – na pewno Cię na nie stać! Po odpowiednio długiej dekantacji, albo lepiej i dzień po otwarciu, trzymane w butelce, smakuje jak czekoladowa trufla nadziewana aksamitem i likworem. Zgadzam się – to nie jest najbardziej ambitne wino, jakie znam, lecz daleko mu do banału czy ordynarności. Jest balsamem na rany umysłu. Wręcz go otula, uspokaja i usypia pędzące myśli. Nie chcę do niego nic, oprócz towarzystwa, choć znaleźć mu kolegę nietrudno. Chcę go pić gdy zimno na dworze, lub w duszy, z kieliszka do Shiraz/Amarone, w 18 stopniach Celsjusza. I już. Aha! Lubię go bardziej niż na techniczne 90 punktów. O wiele bardziej! Zwłaszcza przy cenie 135,90.

I już. I po paczce. Przyznam – takich paczek jak najwięcej życzę wszystkim. A TFFG jeszcze raz dziękuje i gratuluje zasłużonego wyróżnienia i ściskam kciuki za kolejne świetne wybory winnic, równie świetnych ja te powyżej, Luigi Bosca, Muga, Dom. Wachau, Zenato etc…

15 sty

Znacie Jacob’s Creek? Figa z makiem!!!

Australia jest w naszym pięknym kraju słowem bardzo lubianym… Z wielu powodów. Chcecie kilka? Nie ma sprawy! Miś koala. Opera w Sydney. Ciepełko. „Powrót do Edenu”. „Krokodyl Dundee”. Paczki od rodziny z drugiego obszaru płatniczego. Tyle tytułem wstępu… Z winami sprawa ma się zresztą podobnie. Podobnie uroczo, i podobnie… beztrosko, by nie powiedzieć: lekceważąco. Ot – takie tam milusie, smaczniutkie winka dla każdego… I w sumie nie sposób się nie zgodzić z dwoma ostatnimi wyrazami poprzedniego zdania. Z drobną, aczkolwiek wiele znaczącą i wymowną różnicą… Od samego początku mieliśmy w Polsce wygodę poznawania klasyków wśród marek australijskich winnic: Mountadam w LPDV, Lindemans w Centrum Wina, Penfolds i Rosemount w PWW i Partner Center, Henschke i Yalumba w Sommelier Dystr., Peter Lehmann w Bodega Marques, Hardys w każdym hipermarkecie. Itd itp etc i tepe…

Ikony wina Australii

 

Nadeszło jednak nowe, i w dzisiejszych czasach, klasyki częściowo poznikały, a scena rozwarstwiła się tak, jak i zmieniły się rynkowe realia. Mamy wina zwane popularnymi, znane z gigantycznych skal działania, jak choćby Yellow Tail, a szpicę oferty obsadziły wina tak wyjątkowe, jak tylko możemy sobie wyobrazić. Gdzie ich szukać? Chętnych wrażeń odsyłam do najlepszego antypodyjskiego importera – Wines United i ich sklepu internetowego zakręconewina.pl . Piotr Wyszomirski, eks-Aborygen z dwudziestoletnim stażem, skompletował nazwy przyprawiające o dreszczyk każdego, kto choć trochę australijskim winem się interesuje: od majestatycznych win Torbreck i niepowtarzalnych d’Arenberg, przez Clarendon Hills, Paringa Estate, Grosset, Shaw & Smith, Two Hands, Stella Bella, Robert Johnson, Wirra Wirra,  aż po budżetowe cacuszka od Quarisa.

Chester Osborn. Legenda kraju i enolog d'Arenberg

Chester Osborn. Legenda kraju i enolog d’Arenberg

Na drugim biegunie, najpopularniejszą marką australijskiego wina jest w naszym kraju Jacob’s Creek. kłopot w tym, że tak naprawdę… praktycznie w ogóle nie znamy tych win. Owszem, owszem – mamy na półkach bardzo dobrze wykonaną bazową linię, do której całkiem niedawno dołączyły wina dedykowane dla naszego rynku. To wszystko okraszone dwoma etykietami z serii „Reserve” i basta. Tyle, że owa seria to zaledwie rozgrzewka w drodze do ikon producenta – Johann’a, St. Hugo, Centenary Hill i Ski! A w ubiegłym roku, podczas „Savour” – pierwszego światowego forum win australijskich w Adelajdzie, miałem okazję pojechać do Barossa Valley i okolic, by przekonać się, jak cała ta plejada rośnie, wygląda i smakuje. Nie zapominając o degustacjach podczas forum, gdzie testowaliśmy Johann’a wraz z najsłynniejszymi lokalnymi enologami, pośród takich win jak choćby Grange, Hill of Grace i Dead Arm, a St. Hugo w ośmiu kieliszkach – 7 z winami ze składowych parcel i 8-go z wynikiem ich połączenia. Żyć, nie umierać… Kiedy zatem Mikołaj zapytał, czy chciałbym wrócić do trzech z nich, nawet przez chwilę nie odmawiałem, a pierwszą z nich rozłupałem przy pierwszej sposobności. Pozostałe dwie postanowiłem wykorzystać, by przekazać tu i przez Winneblogi,, że Jacob’s Creek nie bez kozery jest corocznym wręcz partnerem Australian Open, a i Wimbledonu też się zdarzyło….

Steingarten

Steingarten

Zasiedliśmy w pięciu, jak zwykle w private room’ie Winosfery przy ul. Chłodnej, a każdy miał za zadanie przynieść butelkę Shiraza lub Rieslinga, ewentualnie obydwu, z Australii Południowo-Wschodniej, średniej lub górnej półki. Uzbieraliśmy flaszek osiem – 5 czerwonych i 3 białe, a wszystkie próbowaliśmy w ciemno z owiniętych szczelnie butelek. Każdy przyznawał punty od 1 do 10 w skali atrakcyjności, które sumowaliśmy i wyliczaliśmy średnią. Oprócz tego – każdy punktował dla własnych potrzeb, według skali używanej na swoim blogu. A oto wyniki i krótkie notki:

IMG_7116

 

2012 Jacob’s Creek Steingarten Riesling Eden

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Swobodnie może stawiać czoła europejskim klasykom i jednocześnie stanowić szablon Rieslinga z Eden i Barossa. Pachnie świeżo, morelą, sokiem z limonki, młodzieńczo, intensywnie, daleko tu do ewolucji i przyciężkawości. Jest niesamowicie orzeźwiające, eleganckie, lekkuchno surowe, długie i atrakcyjne. Wiem, że dużo przed nim, po piłem jego bardzo dojrzałe, satynowe i złożone w smaku edycje. 90 pkt. na teraz. W skali spotkania, czyli atrakcyjności, otrzymał 7,8, a u mnie 9. Przewidywana cena 99 PLN, namawiajmy Pernod-Ricard, by się wreszcie zdecydował 😉

2010 Wakefield Riesling Clare

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Bardzo ładnie rozwinięty, w szczycie formy, wszystko zgrane i w swoim czasie. Trochę nafty, trochę gruszki, brzoskwini, miodu i kapiącej od dojrzałości cytryny. Nieco szczuplejszy od kolegi powyżej i mniej trwale otulający język całym dobrodziejstwem aromatów. U mnie zasłużył na 86 punktów, a w panelowej skali odpowiednio 6,6 od gremium i 7 od tu piszącego. Kosztuje 74 złotówki w Vininowa.

2008 Peter Lehmann Riesling Eden

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Stary, dobry znajomy… Bardzo dobry! To z nim prawie 12 lat temu rozpocząłem znajomość z Aussie Riesling. Zaprawdę, trzyma klasę, aż miło i choć rozwój wina jest oczywisty od początku, w ciemno dawałem mu rok-dwa mniej. Płynie welonem, nęci kandyzowanym grapefruitem, przejrzałymi gruszkami, pieczonym jabłkiem, odrobiną miodowej gryczaności i słoności, kończąc się w sposób długi, efektowny i… przyjemnie rześki. Ode mnie 87 pkt – za klasę i wdzięk. a w skali panelu po kolei 7 i 7. Do kupienia w Winestory za 59 złociszy! (a w promocji nawet i za… 40!!! Nie wierzę….

2012 Wolf Blass Bilyara Shiraz South Australia

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Lekkie rozczarowanie, zwłaszcza w kontekście ceny rywala powyżej. Nieskomplikowane, prościuchne aż piszczy, silny czerwony owoc porzeczki i wiśni mącony jest zielenią tanin.  Przy sprawnym połączeniu z potrawa na pewno zyska, bo indywidualistą na pewno być nie  potrafi. Zakładam, że w degustacji porównawczej nie pokonałby Shiraz-Cab z bazowej linii Jacobsa. Punktów wart 82, a w panelu zyskał u mnie 4, a średnio 4,4. Sprzedają je Alkohole Świata za 40 złotówek.

2009 Jacob’s Creek Centenary Hill Shiraz Barossa

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Dla mnie – wino panelu. Solista, wino spektakularne, pluszowe, w przódy ogłuszające nos fangą aromatów wiśniowej nalewki, czereśni, jagód, śliwkowego likworu, śliwki kalifornijskiej, cedru, pieprzu, gorzkiej czekolady itd itd… W ogóle nie myśli o emeryturze – wręcz przeciwnie, zachowuje się jak młokos. Finisz jest długaśny, smakowity, świeży jak owoce rwane prosto z krzewu. Trzeba jednak oddać, że gdyby był dostępny – byłby najdroższym spośród testowanych win. Szczere 93 punkty z ciekawością na przyszłość, a w panelu 10 od autora wpisu i 9 od wszystkich razem. Pernod-Ricard wycenia je na 199 zł, a ja proszę w imieniu własnym, restauracji i winolubów – dajcie je tu!

2012 Cool Woods Shiraz South Australia

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Cool Woods przywrócił mi mi chwilę myśli o Bilyara, lecz tu wszystko dzieje się zgrabnej, dosadniej i ładniej. Także rządzi tu zdecydowanie czerwony owoc, lecz przyjemny, intensywny, troszkę landrynkowy, a całą zabawę znów psuje dojrzałość gron, przez co wino nieco gryzie dziąsła i trąci szypułkową zielenią. Chętnie jednak postawiłbym je na stole obok zacnego mięska, które pomogłoby mu pokazać się bardziej różowo. Jak na moje oko 84 punkty, panelowo 7 i 6,8. Gdzie jest do nabycia? W Domu Wina, za 45 PLN.

2012 Hereford Shiraz Heathcote

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Ta flaszka zabrała mnie w przyjemną podróż do Victorii, do Heathcote, gdzie panujące warunki nie do końca da się porównać z Barossa, Eden czy Clare. Nie było zatem wyjścia – musiało być w nim coś, co odróżniłoby je od kolegów z SA. Tanina bardzo ładnie zarysowana, chrupka, zadziorna, sporo czarnego, słodkawego owocu, nie ma jednak mowy o konfiturach i nalewkach. Są czereśnie, śliwki, jeżyna i aronia, jest korzenność, a wszystko jest przyjemnie świeże i słodkie zarazem. Tym winem spokojnie można wypełnić lukę pomiędzy słowami, a i strawa będzie mu miła.  Chętnie dam mu punktów 86 i panelową 7, a wszyscy razem taką samą siódemkę. Wino sprzedaje Dobre Wina za 99 złotówek, a w promocji za, khm khm, 39 plnów!!!)

2009 Peter Lehmann Futures Shiraz Barossa

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Na zakończenie wracamy do producenta, który jest dla mnie szczególny. Trzy, spośród czterech mistrzostw świata i Europy, w których brałem udział, były sponsorowane także przez Peter Lehmann. Był organizowany konkurs Shiraza, a całość prowadził Hans Astrom, którego zapomnieć się nie da. Wino? Wino! Wino… Znam je z tamtych czasów. Znakomicie dojrzało, czuć słodycz warzywnych, karmelowych, figowych i orzechowych nut ewolucji, pomieszanych z jagodową konfiturą i śliwkowym powidłem. Plus słodkie, aksamitne taniny. I reszty nie trzeba. Wino do zamyślenia się, ale i do kawałka pieczystego. Przyklejam mu 89 punktów, a z  panelu moje 9 i 9,2 średniej. Kupujcie w Winestory po 89 plnów.

I sami teraz osądźcie, czy na pewno dobrze znacie i prawidłowo postrzegacie Jacob’s Creek? Jeżeli macie ochotę poznać prawdę, zajrzycie tu i udawajcie, że jesteście z USA 😉

Pozostałe relacje uczestników spotkania znajdziecie na:

winiacz.com

powinowaci.pl

mariuszboguszewski.blogspot.com

ms-sommelier.pl

30 gru

Co wypić w Sylwestra?

Jak zwykle stoimy przed dylematem, jakim winem musującym pożegnać stary i przywitać nowy rok. Z pewnością w niejednej lodówce czai się parę różnych flaszek, jednak większość z nas na ten jeden dzień i tak kupi to jedno jedyne, lub jedno z niewielu w ciągu roku. A i kolekcjonerzy stoją przed dylematem, który wybór będzie tym naj naj.

Byłoby  bardzo miło witać wszystko...

Byłoby bardzo miło witać wszystko…

Odpowiedź jest tylko jedna, niezależnie od tego co lubimy i na co nas stać: najlepsze z tych w zasięgu możliwości naszego języka i portfela! Jak tu wierzyć, że nowy rok będzie lepszy, skoro przywitamy go na „pół gwizdka”, tudzież „byle byle”. Nie – nie namawiam na katowanie się kwasem, jeżeli lubimy słodycz. I odwrotnie – jeżeli cukiereczki nie są naszym wzorcem szczęścia, sięgajmy po brzytwy. Decydujcie emocjami. Sięgajmy po to , na co przez cały rok tylko zerkaliśmy.

A co wybrać? To zależy, gdzie mieszkacie. Dla mieszkańców miejscowości z niewielkim wyborem ofert importerskich, proponuję zajrzeć do jednej z sieci. One na ta okazje przygotowały nam kilka standardów i niespodzianek cenowych, dzięki którym całoroczne westchnięcia łatwiej będzie urzeczywistnić. Jeżeli mieszkacie w Warszawie, macie szczęście przebierać jak w ulęgałkach… Poniżej kilka propozycji, po które sam bym sięgnął, gdybym już nie wybrał 😉

Sklepy ogólnodostępne:

budżetowo -półsłodkie: Montanha Reserva Meio Seco z Biedronki za 17.99, a wytrawne:  najbardziej chyba niedoceniane przez cały rok – Jacob’s Creek Chardonnay-Pinot Noir Cuvee Brut, dostępne w hiper/super marketach oraz sklepach z alkoholami za około trzy dychy.

szalejemy- Hipermarkety przygotowały różne promocje Veuve Clicquot i Moet&Chandon, zaczynając od około 129 złotych, kończąc gdzieś przy 159. Inny wybór klasyka – Mumm Cordon Rouge: w Biedronce za 119 złotych w wersji Brut, a w Lidlu za 149 wersja Demi-Sec. Wybór:  wytrawny Mumm i Veuve Clicquot, zależy kto woli owoc, a kto kwiat.

Tym, którzy mieszkają w stolicy, polecam ich uwadze takie oto adresy i nazwy:

Mielżyński Wines, ul. Burakowska- Prosecco Rustico od Nino Franco za 59 PLN, znakomity Cremant d’Alsace od Bott Geyl za złotych 74, a dla fanatyków pierwowzoru, tylko i wyłącznie szampan od Deutz za 169. Jest wyśmienity! Szaleńcom polecam Amour de Deutz. Cena? Jak pytacie – to nie kupicie 😉

Wine Corner, ul. Biały Kamień – Prosecco od Malibran: moja ulubiona wytrawna Sottoriva za 54 złotówki, a dla zwolenników łagodniejszych spraw: Gorio za pięć złotych więcej

Złoto Hiszpanii, pl. Wilsona i ul Francuska – Cava Brut Reserva od Giro Ribot za 39, a najbardziej – różową Raventos y Blanc DeNit Cava za 74 złote.

Centrum Wina, sklepy w wybranych galeriach handlowych – sprawdzony przez lata Gancia z serią Cuvee Platinum: półsłodkie Asti za 52 i półwytrawne Prosecco  di Valdobbiadene za 69 złociszy.

Tymczasem wkładam moją flaszkę do  lodówki i jeszcze raz dziękuję Piotrowi & Sce za tak wspaniały prezent! Prosit!

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)