16 lis

Wine Avenue to Mercato Piemontese

"Dzikie" pappardelle @Mercato

I to by było na tyle z piemonckich planów na ten rok… Plany były wielkie, a rzeczywistość brutalna. Nie będzie Trattoria Nelle Vigne. Nie zajrzę do nowego hotelu Massimo Pastury z Cascina La Ghersa. Nie zajrzę do Grandi Vini Alba po zapasy unikatów. Ba! Nawet trufelka nie będzie dane kupić na Via Vittorio Emmanuele…

W tej pełnej żałości rozterce zastała mnie wiadomość z Wine Avenue. Chwalili się, że wraz z Mercato przy Pięknej urządzają piemoncką kolację. Przy okazji byli tak mili, że znaleźli tam miejsce o dla mnie. I weź tu odmów… Zatem nie odmówiłem! Z kilku zresztą powodów. Po pierwsze – nie było okazji do tej pory zapoznać się obydwoma projektami. Po drugie – nazwy i nazwiska na winach były bardziej, z mojej perspektywy, niż interesujące.

Siedzą, piją, jedzą śledzie... @Mercato

Siedzą, piją, jedzą śledzie… @Mercato

Lodowatym wieczorem zasiedliśmy zatem przy długaśnym, szczupłym stole, Panie Kelnerki serwowały specjały, opowiadał o nich jeden z właścicieli Mercato – Michał Szadkowski, a wina otwierał i o nich recytował Tomasz Zaremba z Wine Avenue. I już spieszę pisać, co to były za typki.

"Dzikie" pappardelle @Mercato

„Dzikie” pappardelle @Mercato

Do przekąsek sączyliśmy Calaeno Roero Arneis DOC za złociszy 72. Cena jak na szczep dość poważna, lecz i wino w tym guście. Arneis zazwyczaj zgrywa przyjemniaczka – tu trochę wosku, tam trochę ziół, tu sporo owocu, a ten dokładał do zabawy nuty orientalnych przypraw, egzotyczność, materię i powagę. Na niedzielę w sam raz.

Po rozgrzewce ruszyliśmy rozprawić się z jednym z moich ulubieńców – Ruche di Castagnole Monferrato DOCG, i to w dwóch odsłonach. Kto nie próbował Ruche z tej apelacji – powinien to zaraz nadrobić. Kto próbował – namawiać już nie muszę…

Obydwa mega kwiatowe, z różą i geranium wręcz przytłaczającymi soczysty, truskawkowo-porzeczkowy owoc, wzbogacony wyraźniejszą wiśnią w wersji droższej, tak jak i solidniejszą materią, co jest argumentem dla tych, którzy jej szukają. W obydwu nie brakuje jednego – alkoholu! Tu od razu możecie zakładać, że będzie ciepło w gardziołkach. Za takie zabawy trzeba zapłacić odpowiednio – 75 i 93 złocisze. Jako że nie chciało mi się dźwigać na mrozie, wyszedłem z butelką tego drugiego, a po pierwsze wpadnę przy najbliższej okazji…

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Ostatnie dwie czerwienie reprezentowały stajnię, która uwielbiam od ładnych 15 lat, gdy miałem przyjemność poznać Norberta Reinisch’a, zięcia Giacomo „Braida” Bologna, który w świecie Barbery był cesarzem, a jego Bricco del Uccellone jest szablonem możliwości Barbery d’Asti i nie tylko tej.

My próbowaliśmy Montebruna Barbera d’Asti DOC, którą znam od lat na wylot. Inna sprawa, że przez lata wspólnych wspomnień i przygód z winami „Braidy” i Norbertem nazbierało się wiele, jak choćby jedna z ostatnich flaszek „Uccellone” 1989 z 3 litrowej flaszki. Taaak… Ale ale… Montebruna! Montebruna jest doskonałym przykładem klasy i relacji do ceny. Nie jest tania, lecz Merecedesy nigdy nie są tanie. Także „C” klasa… No, chyba że używana, lecz kto chciałby kupić używaną flaszkę? Drugim z win pd Giacomo był Il Baciale Monferrato Rosso DOC, czyli wino z „apelacji-fortelu”, dzięki której można utrzymać status win, używając nietradycyjnych odmian przede wszystkim. A tu do Barbery domieszano Pinot Nero, Cabernet Sauvignon i Merlot. Fajne, z chrupką taniną, nerwem, owocowym urokiem i eleganckim odzieniem. Obydwa wina kosztują po 104 złotówki, gwarantują za to totalny brak zażaleń.

A na koniec – Moscato d’Asti. I co Wam będę opowiadał. jakie jest – każdy widzi i cieszy się lub omija. Tu mamy edycję smukłej treści, co świetnie wróży kompanii do serników i macedonia, nie mówiąc o zmrożonym na koniec długiego wieczoru.

 

24 lut

Bajoz Crianza Toro DO 2007

Na jednej z niedawnych degustacji, którą miałem okazję przygotować dla sommelierów, dziennikarzy, blogerów i amatorów winnych, jeden z zaproszonych, w jednym zdaniu sprawił mi niekłamaną radość i przyprawił o smutek jednocześnie. Oznajmił mi bowiem, że „byłem jego bohaterem, dopóki nie spróbował Bajoz Crianza”. Spytałem: „czemuż tak?” W odpowiedzi usłyszałem że: „miał być słodziak, a był kwasior”…

Bajoz słodziakiem? Bajoz kwasiorem? Coś tu nie grało… Nikt nigdy nie mówił w tej sprawie o cukrze, a jedynie o bogatych nutach owoców, lecz wciąż o winie wytrawnym. Z drugiej strony – akurat ta linia win jest postrzegana jako raczej modernistyczna, łatwo przemawiająca do gustu konsumentów na wielu długościach i szerokościach geograficznych. Używając pytań pomocniczych, doszliśmy wraz z trzecim nam towarzyszącym do wniosku, że mój były fan nieszczęśliwie trafił na… uszkodzoną utlenieniem butelkę.  Dla pewności postanowiłem jednak zbadać sprawę jeszcze raz. Toć od ostatniego podejścia do tejże flaszki, minęło parę chwil, rocznik dojrzał i na pewno się zmienił…

2007 Pagos del Rey Bajoz Crianza Toro DO

Sprawca zamieszania

Sprawca zamieszania

Zatem krótko i na temat: kolor nadal intensywny, z lekko płowym pierścieniem, potwierdzającym dojrzały już wiek wina. Zapach rozwinięty, złożony, potrzebujący chwili by się otworzyć i ukazać nuty wędzonej śliwki, powideł, konfitury z owoców leśnych, tytoniu, fig i leśnego runa. W ustach gładkie, smukłe, poukładane, potwierdzające ewolucję, lecz wciąż krążące pomiędzy wytrawnością, a cukierniczą korzenno-owocową barwą nut. Absolutnie wino w szczycie rozwoju, do picia teraz, do picia po godzinnej dekantacji, z mniejszych kieliszków do Bordeaux, w 18 stopniach Celsjusza, do dobrej kaczej nogi confit z żurawiną lub wiśniami, do tłustych przekąsek mięsnych z owocowymi dodatkami, kawałka półtwardego żółtego sera, tudzież antrykotu w wyższych stanach wysmażenia. Wciąż spokojnie godzien ocen gdzieś w okolicach 84-85 pkt.

Do kupienia w Winezji i Centrum Wina, za 57 złociszy.

O nie, Drogi Padawanie! Nie mogło być inaczej, niż w podjętej podczas rozmowy konkluzji. Żądam natychmiastowego powrotu do galerii chwały! Niechaj będzie bez przeprosin, lecz kieliszek wychylić musimy.

15 sty

Znacie Jacob’s Creek? Figa z makiem!!!

Australia jest w naszym pięknym kraju słowem bardzo lubianym… Z wielu powodów. Chcecie kilka? Nie ma sprawy! Miś koala. Opera w Sydney. Ciepełko. „Powrót do Edenu”. „Krokodyl Dundee”. Paczki od rodziny z drugiego obszaru płatniczego. Tyle tytułem wstępu… Z winami sprawa ma się zresztą podobnie. Podobnie uroczo, i podobnie… beztrosko, by nie powiedzieć: lekceważąco. Ot – takie tam milusie, smaczniutkie winka dla każdego… I w sumie nie sposób się nie zgodzić z dwoma ostatnimi wyrazami poprzedniego zdania. Z drobną, aczkolwiek wiele znaczącą i wymowną różnicą… Od samego początku mieliśmy w Polsce wygodę poznawania klasyków wśród marek australijskich winnic: Mountadam w LPDV, Lindemans w Centrum Wina, Penfolds i Rosemount w PWW i Partner Center, Henschke i Yalumba w Sommelier Dystr., Peter Lehmann w Bodega Marques, Hardys w każdym hipermarkecie. Itd itp etc i tepe…

Ikony wina Australii

 

Nadeszło jednak nowe, i w dzisiejszych czasach, klasyki częściowo poznikały, a scena rozwarstwiła się tak, jak i zmieniły się rynkowe realia. Mamy wina zwane popularnymi, znane z gigantycznych skal działania, jak choćby Yellow Tail, a szpicę oferty obsadziły wina tak wyjątkowe, jak tylko możemy sobie wyobrazić. Gdzie ich szukać? Chętnych wrażeń odsyłam do najlepszego antypodyjskiego importera – Wines United i ich sklepu internetowego zakręconewina.pl . Piotr Wyszomirski, eks-Aborygen z dwudziestoletnim stażem, skompletował nazwy przyprawiające o dreszczyk każdego, kto choć trochę australijskim winem się interesuje: od majestatycznych win Torbreck i niepowtarzalnych d’Arenberg, przez Clarendon Hills, Paringa Estate, Grosset, Shaw & Smith, Two Hands, Stella Bella, Robert Johnson, Wirra Wirra,  aż po budżetowe cacuszka od Quarisa.

Chester Osborn. Legenda kraju i enolog d'Arenberg

Chester Osborn. Legenda kraju i enolog d’Arenberg

Na drugim biegunie, najpopularniejszą marką australijskiego wina jest w naszym kraju Jacob’s Creek. kłopot w tym, że tak naprawdę… praktycznie w ogóle nie znamy tych win. Owszem, owszem – mamy na półkach bardzo dobrze wykonaną bazową linię, do której całkiem niedawno dołączyły wina dedykowane dla naszego rynku. To wszystko okraszone dwoma etykietami z serii „Reserve” i basta. Tyle, że owa seria to zaledwie rozgrzewka w drodze do ikon producenta – Johann’a, St. Hugo, Centenary Hill i Ski! A w ubiegłym roku, podczas „Savour” – pierwszego światowego forum win australijskich w Adelajdzie, miałem okazję pojechać do Barossa Valley i okolic, by przekonać się, jak cała ta plejada rośnie, wygląda i smakuje. Nie zapominając o degustacjach podczas forum, gdzie testowaliśmy Johann’a wraz z najsłynniejszymi lokalnymi enologami, pośród takich win jak choćby Grange, Hill of Grace i Dead Arm, a St. Hugo w ośmiu kieliszkach – 7 z winami ze składowych parcel i 8-go z wynikiem ich połączenia. Żyć, nie umierać… Kiedy zatem Mikołaj zapytał, czy chciałbym wrócić do trzech z nich, nawet przez chwilę nie odmawiałem, a pierwszą z nich rozłupałem przy pierwszej sposobności. Pozostałe dwie postanowiłem wykorzystać, by przekazać tu i przez Winneblogi,, że Jacob’s Creek nie bez kozery jest corocznym wręcz partnerem Australian Open, a i Wimbledonu też się zdarzyło….

Steingarten

Steingarten

Zasiedliśmy w pięciu, jak zwykle w private room’ie Winosfery przy ul. Chłodnej, a każdy miał za zadanie przynieść butelkę Shiraza lub Rieslinga, ewentualnie obydwu, z Australii Południowo-Wschodniej, średniej lub górnej półki. Uzbieraliśmy flaszek osiem – 5 czerwonych i 3 białe, a wszystkie próbowaliśmy w ciemno z owiniętych szczelnie butelek. Każdy przyznawał punty od 1 do 10 w skali atrakcyjności, które sumowaliśmy i wyliczaliśmy średnią. Oprócz tego – każdy punktował dla własnych potrzeb, według skali używanej na swoim blogu. A oto wyniki i krótkie notki:

IMG_7116

 

2012 Jacob’s Creek Steingarten Riesling Eden

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Swobodnie może stawiać czoła europejskim klasykom i jednocześnie stanowić szablon Rieslinga z Eden i Barossa. Pachnie świeżo, morelą, sokiem z limonki, młodzieńczo, intensywnie, daleko tu do ewolucji i przyciężkawości. Jest niesamowicie orzeźwiające, eleganckie, lekkuchno surowe, długie i atrakcyjne. Wiem, że dużo przed nim, po piłem jego bardzo dojrzałe, satynowe i złożone w smaku edycje. 90 pkt. na teraz. W skali spotkania, czyli atrakcyjności, otrzymał 7,8, a u mnie 9. Przewidywana cena 99 PLN, namawiajmy Pernod-Ricard, by się wreszcie zdecydował 😉

2010 Wakefield Riesling Clare

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Bardzo ładnie rozwinięty, w szczycie formy, wszystko zgrane i w swoim czasie. Trochę nafty, trochę gruszki, brzoskwini, miodu i kapiącej od dojrzałości cytryny. Nieco szczuplejszy od kolegi powyżej i mniej trwale otulający język całym dobrodziejstwem aromatów. U mnie zasłużył na 86 punktów, a w panelowej skali odpowiednio 6,6 od gremium i 7 od tu piszącego. Kosztuje 74 złotówki w Vininowa.

2008 Peter Lehmann Riesling Eden

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Stary, dobry znajomy… Bardzo dobry! To z nim prawie 12 lat temu rozpocząłem znajomość z Aussie Riesling. Zaprawdę, trzyma klasę, aż miło i choć rozwój wina jest oczywisty od początku, w ciemno dawałem mu rok-dwa mniej. Płynie welonem, nęci kandyzowanym grapefruitem, przejrzałymi gruszkami, pieczonym jabłkiem, odrobiną miodowej gryczaności i słoności, kończąc się w sposób długi, efektowny i… przyjemnie rześki. Ode mnie 87 pkt – za klasę i wdzięk. a w skali panelu po kolei 7 i 7. Do kupienia w Winestory za 59 złociszy! (a w promocji nawet i za… 40!!! Nie wierzę….

2012 Wolf Blass Bilyara Shiraz South Australia

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Lekkie rozczarowanie, zwłaszcza w kontekście ceny rywala powyżej. Nieskomplikowane, prościuchne aż piszczy, silny czerwony owoc porzeczki i wiśni mącony jest zielenią tanin.  Przy sprawnym połączeniu z potrawa na pewno zyska, bo indywidualistą na pewno być nie  potrafi. Zakładam, że w degustacji porównawczej nie pokonałby Shiraz-Cab z bazowej linii Jacobsa. Punktów wart 82, a w panelu zyskał u mnie 4, a średnio 4,4. Sprzedają je Alkohole Świata za 40 złotówek.

2009 Jacob’s Creek Centenary Hill Shiraz Barossa

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Dla mnie – wino panelu. Solista, wino spektakularne, pluszowe, w przódy ogłuszające nos fangą aromatów wiśniowej nalewki, czereśni, jagód, śliwkowego likworu, śliwki kalifornijskiej, cedru, pieprzu, gorzkiej czekolady itd itd… W ogóle nie myśli o emeryturze – wręcz przeciwnie, zachowuje się jak młokos. Finisz jest długaśny, smakowity, świeży jak owoce rwane prosto z krzewu. Trzeba jednak oddać, że gdyby był dostępny – byłby najdroższym spośród testowanych win. Szczere 93 punkty z ciekawością na przyszłość, a w panelu 10 od autora wpisu i 9 od wszystkich razem. Pernod-Ricard wycenia je na 199 zł, a ja proszę w imieniu własnym, restauracji i winolubów – dajcie je tu!

2012 Cool Woods Shiraz South Australia

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Cool Woods przywrócił mi mi chwilę myśli o Bilyara, lecz tu wszystko dzieje się zgrabnej, dosadniej i ładniej. Także rządzi tu zdecydowanie czerwony owoc, lecz przyjemny, intensywny, troszkę landrynkowy, a całą zabawę znów psuje dojrzałość gron, przez co wino nieco gryzie dziąsła i trąci szypułkową zielenią. Chętnie jednak postawiłbym je na stole obok zacnego mięska, które pomogłoby mu pokazać się bardziej różowo. Jak na moje oko 84 punkty, panelowo 7 i 6,8. Gdzie jest do nabycia? W Domu Wina, za 45 PLN.

2012 Hereford Shiraz Heathcote

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Ta flaszka zabrała mnie w przyjemną podróż do Victorii, do Heathcote, gdzie panujące warunki nie do końca da się porównać z Barossa, Eden czy Clare. Nie było zatem wyjścia – musiało być w nim coś, co odróżniłoby je od kolegów z SA. Tanina bardzo ładnie zarysowana, chrupka, zadziorna, sporo czarnego, słodkawego owocu, nie ma jednak mowy o konfiturach i nalewkach. Są czereśnie, śliwki, jeżyna i aronia, jest korzenność, a wszystko jest przyjemnie świeże i słodkie zarazem. Tym winem spokojnie można wypełnić lukę pomiędzy słowami, a i strawa będzie mu miła.  Chętnie dam mu punktów 86 i panelową 7, a wszyscy razem taką samą siódemkę. Wino sprzedaje Dobre Wina za 99 złotówek, a w promocji za, khm khm, 39 plnów!!!)

2009 Peter Lehmann Futures Shiraz Barossa

Fot. Olaf Kuziemka

Fot. Olaf Kuziemka

Na zakończenie wracamy do producenta, który jest dla mnie szczególny. Trzy, spośród czterech mistrzostw świata i Europy, w których brałem udział, były sponsorowane także przez Peter Lehmann. Był organizowany konkurs Shiraza, a całość prowadził Hans Astrom, którego zapomnieć się nie da. Wino? Wino! Wino… Znam je z tamtych czasów. Znakomicie dojrzało, czuć słodycz warzywnych, karmelowych, figowych i orzechowych nut ewolucji, pomieszanych z jagodową konfiturą i śliwkowym powidłem. Plus słodkie, aksamitne taniny. I reszty nie trzeba. Wino do zamyślenia się, ale i do kawałka pieczystego. Przyklejam mu 89 punktów, a z  panelu moje 9 i 9,2 średniej. Kupujcie w Winestory po 89 plnów.

I sami teraz osądźcie, czy na pewno dobrze znacie i prawidłowo postrzegacie Jacob’s Creek? Jeżeli macie ochotę poznać prawdę, zajrzycie tu i udawajcie, że jesteście z USA 😉

Pozostałe relacje uczestników spotkania znajdziecie na:

winiacz.com

powinowaci.pl

mariuszboguszewski.blogspot.com

ms-sommelier.pl

07 sty

Niespodziewanki z Monte da Ravasqueira

Monte da Ravasqueira Premium

Alentejo śmiało można nazwać tygrysem winiarskiej Portugalii. Gdy kraj dołączał do Unii Europejskiej, w regionie wytwarzano zaledwie ok. 2% win portugalskich. Dziś, niecałe 30 lat później, z alenteżańskich winnic wyrusza w świat niemal POŁOWA ogółu flaszek ojczyzny Porto, Madeiry i Vinho Verde. Kraina położona na południe od Lizbony, po lewej stronie Tagu, a powyżej Algarve, wcześniej winiarsko słynęła przede wszystkim z upraw dębu korkowego i wytwarzania korka, którego region był niemal światowym monopolistą i w szczytowych okresach odpowiadał za trzy czwarte światowej produkcji.

Do Monte da Ravasqueira trafiłem w lipcu ubiegłego roku. Cóż to była za wizyta! Same zaskoczenia! Oprócz panującego upału wszakże, na który wszyscy byliśmy gotowi, a nawet – niecierpliwi by w nim utonąć. Sam krajobraz jednak był zgoła odmienny. Przyzwyczajony do niewielkiego pofałdowania terenu w innych częściach regionu, tu trafiliśmy w krajobraz solidnie obsiany różnymi wysokościami. Po drugie – o ile cala posiadłość zajmuje imponujący obszar, to winnice objęły zaledwie sześćdziesiąt kilka hektarów. Kolejnym zaskoczeniem były odmiany, którymi winnice są obsadzone. Owszem – są portugalskie klasyki, ale niektóre nazwy, o których poniżej, na pewno z Alentejo się nie kojarzą! Co więcej? Ano prywatne muzeum karoc i powozów konnych, w jednym z tradycyjnie dla regionu biało-niebieskich budynków.

Monte da Ravasqueira 20140703_123653 20140703_123922 20140703_152730 20140703_153425

Czas mijał,  święta zbliżały się śmiałymi krokami, a Mikołaj szalał jak w ukropie. W jednej z paczek, a właściwie w kilku paczkach, przywiózł kolekcję win Monte da Ravasqueira. Tych, których okazje miałem już próbować w posiadłości, ale także tych z odmian, które widziane w Alentejo wprawiły mnie w osłupienie. Do przesyłki dołączony był list z prośbą o wskazanie tych, które chciałbym mieć okazję próbować w kolejnych latach, wyjmując je ze skrzyneczek czekających na podróż do Warszawy.

Niewiele się zastanawiając, zapytałem kilku piszących o winie kolegów, czy nie mieliby ochoty spróbować tych cudeniek wspólnie. Ku mojej radości – wszystkim chciało się pić, zatem skorzystawszy z gościnnych progów Winosfery przy Chłodnej 31, wyposażeni przez głównego enologa Monte da Ravasqueira – Pedro Pereira Gonçalves‚a w karty techniczne win, zasiedliśmy razem, przy okazji powołując do życia nowe ciało – „Winneblogi”, do których już dołączają nowi koledzy, a którego ideą przewodnią jest swoboda wypowiedzi i kolejne liba… eee… degustacje, na wspólnie uprzednio zadane tematy. Nasłuchujcie!

Winneblogi IMG_6841 IMG_6843 IMG_6844

W lekko telegraficznym skrócie wyjawię swoje myśli o nadesłanych winach, a Was zachęcam do zajrzenia na strony pozostałych uczestników wydarzenia. Linki do odpowiednich stron znajdziecie w zakładce „Polecam

Monte da Ravasqueira White IMG_6828 IMG_6829

2013 Alvarinho VR Alentejano (0,8 ha i 3206 but.) – odmiana świetnie znana z Rias Baixas w hiszpańskiej Galicji i najlepszych Vinho Verde z portugalskiego Minho. W Alentejo – wręcz wybryk winiarza, o czym świadczy choćby areał winnicy i ilość butelek. Wino? Na pewno inne, niż te już nam znane wcześniej. Pachnie spokojnie, świeżo, nutami roślinnymi, kwiatowymi, moreli i cytrusów.  W ustach także lekko mineralne, treściwe i bardzo odświeżające. Zapewne duża tu rola schładzania winogron przed fermentacją i niskiej jej temperatury, połączonej z kilkumiesięcznym dojrzewaniem na osadzie i regularnym battonage. Dość powiedzieć, że o ile alkohol to słuszne 12, 5%, to kwasowość, uwaga, aż 8,5g.! Nie ulega wątpliwości, że przy łączeniu z morskim jedzeniem będzie miało wiele do zaoferowania, a także z sałatkami i jako polepszacz życia w upalne dni także, pite z kieliszków do Rieslinga/Sauvignon Blanc, schłodzone do 8 stopni. Tymczasem, ode mnie 87 pkt.

2013 Viognier VR Alentejano (1,4 ha i 3321 but.) – to jeszcze większe zaskoczenie. Przyzwyczajony do w większości obfitych w wymowie i tęgich w budowie win odmiany, tu mamy ciekawą kombinację. Zaledwie 12% alkoholu, kwasowość aż 7,9g!!! Do kompletu – 6 miesięcy we francuskich baryłkach. Darmo szukać kapiących sokiem brzoskwiń, kandyzowanych grapefruita i cytryny. Aromaty owoców są świeże, okolone nutami wanilii, białej czekolady i gałki muszkatołowej. W ustach lekko maślane, bardzo pobudzające i złożone. Potrzebuje chwili by się otworzyć, lecz moim zdaniem bardziej pomoże mu chwila cierpliwości, tak kwartał-dwa, by pięknie się poukładać. Łączcie je do konkretnego jadła – wieprza, indyka, cięższego ptactwa w maślanych, musztardowych tudzież opartych na szlachetnym alkoholu. Serwujcie w temperaturze 12 stopni, w kieliszkach do Chardonnay, a i będzie wdzięczne za półgodzinną dekantację w wąskiej karafce. Przyklejam mu punktów 87 i wierzę, że jeszcze zyska.

2012 MR Premium Branco VR Alentejano (1 ha i 2137 but.) – najwyżej lokowana seria win producenta. Bardzo, ale to bardzo ciekawy zestaw odmian: Viognier, Alvarinho, Semillon, Arinto i Marsanne. „Reszty nie trzeba”… Fermentacja w stali nierdzewnej, roczne dojrzewanie sur lie we francuskich baryłkach i… 12% alkoholu bijące wytłumiane przez 7,4 g. kwasów… Wino rok starsze od poprzednich, ułożone, eleganckie. Aromaty limonki, dojrzałej moreli, akacji  i pieczonych jabłek, zgrabnie współgrają w muślinowym ciele z mineralnością, nutami korzennymi i balsamicznymi. Homar w sosie koniakowym? 😉 Czemu nie?! I tego typu historiami za nim podążajcie, dekantując godzinkę w wąskiej karafce i nalewając do kieliszków do… czerwonego wina, najlepiej takimi jak do Amarone i Shiraz. Wyznaczam mu wartość 91 punktów i życzę smacznego.

Monte da Ravasqueira Red

2012 NA Nero d’Avola VR Alentejano (0,38 ha i 3298 but.) – Sycylia po portugalsku? Wpadlibyście na taki pomysł? A wynik jest imponujący, w stylu modnym na wyspie bardziej dziś, niż wczoraj. Owszem – starzenie 16 miesięcy w baryłkach zrobiło swoje, jednak mamy tu grę świeżej wiśni, jagód, mentolu, oplecionych w waniliowo-pieprzną siatkę. Taniny są drobne i wygładzone, a całość zdaje się być żwawa i młodzieńcza. Śmiało podawajcie je do konfitowanej kaczej łapy, aromatycznych wędlin i wysmażonego antrykotu, w temperaturze 16 stopni, w kieliszkach do Sangiovese, a jak się da – dekantujcie je godzinę w szerokiej karafce, by w pełni cieszyć się 88 punktami, których jest warte.

2012 Syrah-Viognier VR Alentejano (2 ha i 3374 but.) – pomysł doskonale znany z „obydwu ojczyzn” Syrah/Shiraz, czyli północnej części Doliny Rodanu i Australii. Muszę przyznać, że z tej serii najbardziej przypadło mi do gustu. W aromatach więcej tu Antypodów, a w budowie – europejskiej klasyki: 13,5% alkoholu i kwasowość na poziomie 6,8 g. mówi sama za siebie. Jest tu i wędzona śliwka, i pieprzność, i czarne wiśnie, a w tle co-nieco słodyczy z półtorarocznego pobytu w baryłkach, któremu wino oparło się najmocniej z „kolegów”. Moje ulubione kotleciki jagnięce w baskijskich klimatach byłyby pasowałyby jak złoto, choć i gęsia noga z żurawiną też by nie zginęła, tak jak i stek z tuńczyka. Pije się dobrze z kieliszków do Shiraza, schłodzone do 18 stopni i podziękuje na pewno za krótką dekantację. Wszystkimi 88 punktami.

2012 Touriga Franca VR Alentejano (1,5 ha i 3269 but.) – jeden z portugalskich klasyków, doskonale znany jako element składowy choćby w legendarnym Porto. Ta dość aromatyczna i niezbyt taniczna odmiana tego dnia wydala nam się najtrudniejsza. Może wolałaby leżeć w baryłkach krócej niż 18 miesięcy? Stawiam na to, choćby ze względu na rolę aromatów korzennych i roślinnych, dominujących nad leśnoowocowokonfiturową nutą także w smaku. W połączeniu z intensywnym uderzeniem tanin, stawia przed winem głównie rolę elementu duetu ze strawą. Jaka? Dajmy na to – nasze bitki z kaszą gryczaną, różnego rodzaju cięższe potrawy z mięs duszonych i gulaszowe sprawy  w pieprznych, acz nie pikantnych wydaniach. Dekantacja – koniecznie, nie krócej niż godzinę, temperatura – 18 stopni. Kieliszki – do Bordeaux. Punkty – 85 i z ciekawością czekam na kolejne próby.

Także na Petit Verdot, które tym razem trafiło nam się zaatakowane choroba korka, a także Sangiovese i resztę niecodziennej spółki.

Monte da Ravasqueira PremiumIMG_6862

2012 Vinha Das Romas VR Alentejano (7,5 ha i 26964 but) – najbardziej „komercyjne” spośród opisywanych tu win. I myli się zasadniczo ten, kto myśli, że odnoszę się do ilości wytworzonych butelek, bo to nadal wartości rzemieślnicze. Odnoszę się tylko i wyłącznie do smaku wina. Połączenie Syrah i Touriga Franca, leżakowało 20 miesięcy w nowych baryłkach z dębu francuskiego. Wino jest duże, gęste, masywne, konfiturowo-nalewkowo-cukierniczo-balsamiczne. Trzeba jednak oddać winiarzom ukłon za spryt i powściągliwość, dzięki czemu cieszymy się kombinacją 13% alko i kwasowości na poziomie 6g., co daje winu narzędzia do bycia widowiskowym, lecz i klasowym. Szukacie tła do „posiadówki” z przyjaciółmi w chłodny wieczór? Proszę bardzo! To jest dokładnie to! Szybkie przewietrzenie w szerokiej karafce more than welcome, kieliszki do Shiraza lub duże do Bordeaux, 18 stopni Celsjusza i 87 punktów.

2012 MR Premium Tinto VR Alentejano (2.5 ha i 6,312 but. 0,75l., 111 1,5l. i 50 3l.) – clou programu, czyli topowe wino czerwone ze stajni MdR. Mariaż Syrah, Touriga Nacional, Touriga Franca i Aragonez (tak, oczywiście – Tempranillo), który oprócz schłodzenia gron, przeszedł także przed fermentacją 5 dniową macerację w otwartych prasach. I to czuć od razu, mimo, że wino leżało w nowych baryłkach jeszcze dłużej niż poprzednik, bo aż 22 m-ce. Mimo wyższego poziomu alkoholu i podobnej kwasowości, prezentuje się jako wino bardziej szlachetne, eleganckie, i złożone.Z jednej strony dojrzale czereśnie, czarne wiśnie, jagody i śliwkowe powidło, z drugiej czekolada, pieprz i cedr, z trzeciej czarne oliwki i słoność, a z czwartej lekuchno bakaliowe. Wino -solista można by rzec. Można, lecz równie znakomicie zagra w duecie. Do przekąszania z kawałkiem dobrego cheddara czy dojrzałej goudy – miodzio. Do steak’a medium-rare z borowikami z patelni – pyszka. Koniecznie lubi poleżeć godzinkę-dwie w dekanterze, być pite z dużych kieliszków do Bordeaux, w 18 stopniowym upale, przyozdobione girlandą 93 punktów.

Teraz już tez wiem, o co poprosić Pedro, by móc w trudu i znoju sprawdzać powyższe teorie 😉

P.S. – Importerzy – ceny, o ile je dobrze pamiętam, dają więcej niż szansę na sympatię klientów …

10 gru

Dwa razy wino idealne!

W życie każdego człowieka są takie chwile, kiedy musi włączyć systemy obronno-utrwalające. Chroniące przed niedolą chwili, tudzież sankcjonujące rewelacyjność tego tu i teraz. Takich win jest sporo, i pewnie dla każdego ta lista będzie wyglądać nieco inaczej. Dziś postanowiłem wymienić dwa z nich, połączonych wspólnymi mianownikami. Tak konstrukcji, jak i przydatności w specyficznym momentach. Jakich? O tym już za chwilę.

Jedno w tych flaszkach jest pewne i bezcenne – wykorzystane w odpowiednim momencie, bez trudu wprawiają nas w dobry nastrój, czasem wręcz euforię, przez co pomimo obiektywnych potrzeb odrobiny więcej do techniczno-organoleptycznego ideału, takimi właśnie są tu i teraz. I za każdym razem w podobnej sytuacji są warte równe 100 pkt cudom świata.

Barolo Chinato – 

Cordero di Montezemolo Barolo Chinato

Cordero di Montezemolo Barolo Chinato

Rzadko, zdecydowanie zbyt rzadko spotykany przedstawiciel mojego ukochanego Piemontu, Wino ciekaw o tyle, że o ile bazą jest Barolo, a z reguły – właściwie różne jego roczniki połączone w jedną całość, to do kompletu sprawę wzbogaca fortyfikacja, cukier i ekstrakt z ziół, wśród których, jak nazwa słusznie sugeruje, chinina jest wiodącym, choć nie jedynym. Bez trudu znajdziecie też kolendrę, kardamon, irysy, wanilię, miętę,  cynamon itp itd., zależnie od pomysłu producenta. Co niektórzy pewnie pomyślą – coś a’la wermut. I poniekąd będą mieli rację, choć nie do końca. Tak, czy inaczej – to jeden z najlepszych pomysłów na ratunek po ciężkiej kolacji, w ojczyźnie naszego bohatera kończonego często bunet’em. W chwilach przesycenia jest wręcz bezcenne, a przecież takie znów przed nami…  😉

Podawajcie je w kieliszkach do białego wina (Riesling, Chardonnay), w niewielkich, 70-100 ml. porcjach, w temperaturze 16-18 stopni, bez dekantacji, bez zbędnych manewrów. W Polsce kupicie je pewnie nie bez trudu, lecz tu cenna informacja – producent jest ważny, ale nie aż tak, jak w przypadku klasycznej wersji. Ceny? Od 17 do 35€, zależnie od wytwórcy i wielkości flaszki (0,375 – 0,75l.).

To powyżej przyjechało w bagażniku wprost z La Morra, a Andrea policzył mi za nie euro 32 za pełnowymiarową pojemność każdej sztuki. Mając na uwadze, że nie pije się tego dużo na raz (choć można…), i może postać w lodówce lub na półce – wychodzi gospodarnie, a mając na uwadze wydźwięk spożywania – wręcz okazjonalnie.

Nieobiektywnie przyznaję mu punktów 100, a  nieco bardziej „na spokojnie” – 88

Recioto della Valpolicella

Recioto della Valpolicella

Lubicie Amarone? Kto nie lubi?! W każdym razie – ja uwielbiam. Niemalże niezależnie od nastroju i pogody. Zresztą – taki adres chciałem nadać mojej skrzynce pocztowej. Niestety – ktoś mnie ubiegł, skorzystałem zatem z nazwy jego „starszego brata”, którym bez cienia wątpliwości należy nazwać Recioto della Valpolicella.

Gdzie i jak powstaje? Muszę to powiedzieć i wytłumaczyć, mając w pamięci miny i pytający ton tych, którzy o mój adres pytali… Recioto to nazwa słodkiego wina powstającego kilku apelacjach Veneto, z podsuszonych przed fermentacją gron. W Valpolicella, jak łatwo sobie wyobrazić, kluczem do sprawy są odmiany Corvina i Rondinella, czasem Molinara, Negrara i ska. Po ponad trzymiesięcznym suszeniu w frutaio, czyli „stodołach” wentylowanych kiedyś wiatrem znad Gardy, a dziś co raz częściej w sposób kontrolowany techniką. Tak przygotowane kiście przechodzą klasyczną fermentację, przerwaną jednak w wybranej przez twórcę chwili. Po co? Po to by zostawić w winie naturalny cukier. Ile? To zależy: od kilkudziesięciu do kilku setek gramów, jak choćby czyni to Romano dal Forno w swoim „superkoncentracie”. Dość łatwo to poznać, poza wyjątkami jak Romek. Im mniej alkoholu – tym więcej cukru. I odwrotnie. Najczęściej spotkacie 11,5 do 14% alkoholu.

A jak smakuje RdV? Niby „od Sasa do Lasa”. lecz spokojnie możecie zakładać słodycz, gęstą, miękką fakturę, mnóstwo konfiturowych i likierowych nut wiśni, czereśni, śliwek (nawet wędzonych), cynamonu, marcepanu, czasem jagód, lukrecji i cedru. Powinniście je pić w kieliszkach do Sangiovese/Rieslinga, w temperaturze 16-18 stopni, cięższe wersje uprzednio dekantując w szerokiej karafce, o ile flaszkę zamierzacie pożegnać na raz.

Do czego? Lepsze wydania oczywiście będą grały z deserami na bazie czekolady, także mlecznej, a także deserów ze smażonych i pieczonych owoców, pokrewnych do tych wyczuwanych w winie. Mój ulubieniec jednak jest całkiem inny – plaster słodkiej wersji sera gorgonzola, polany rozgrzaną białą czekoladą z posiekanymi w plasterki czarnymi oliwkami, świeżo mielonym pieprzem białym i czarnym, ewentualnie gałką muszkatołową, przy mniej alkoholowych edycjach.

A kiedy jest warte ideału? Otóż nie wyobrażam sobie, by wracając do domu po długiej trasie za kółkiem, mając do dyspozycji flaszeczkę Recioto, nie ukoić ran długiej podróży takim oto balsamem. Paradoksalnie: im prostszym i młodszym – tym lepiej. I tak tez staram się czynić. Ile kosztuje? To zależy od producenta. Od kilkunastu euro jak bohater ze zdjęcia, kupiony w gminnym markecie w Valpolicella, po grubo ponad sto w przypadku Romana i kilku jemu podobnych.

Tak, czy inaczej – kiedy już po nie sięgam, zawsze jest warte 100 pkt. A nasz zdjęciowy towarzysz zyskałby pewnie w tej skali zdroworozsądkowe 84.