17 sie

Ja chcę do Julki…

Oby nie zabrakło laku ;-)

Pogoda ostatnimi czasy iście japońska, czyli w skrócie: „jaka-taka”. Na Pinota często za zimno, na Shiraza raczej za ciepło. Gdzieś w pół drogi wyborów jest niemało, a jednak ostatnimi czasy niemal notorycznie wygrywają Włochy. Zapewne gdzieś za tym wszystkim stoi już zbyt długa niebytność…. Nie ma strachu – droga do Diano d’Alba już zaplanowana i tylko czekam na odpowiednią kartkę z kalendarza. Jednak  zarówno w podróży, jak i ostatnich wyborach, nie potrafię pominąć Werony. Tak, chcę zajrzeć do „Bottegi”, wpaść na chwilę nad Gardę, a przede wszystkim – znów rytualnie wyściskać Julię. W tych rozterkach, nie wiadomo kiedy, w czasie spacerku na Burakowską, wpadła do kieliszków Meroni Valpolicella Superiore. I spisała się doskonale, wybornie, fantastycznie i cudownie. I wciąż chciało się więcej takich. W tych okolicznościach przyrody wielką frajdę sprawił mi dawno, od czwartkowej kolacji w „Dyletantach”, niewidziany przyjaciel. A frajda nazywa się „Il Valpo”. I konia z rzędem temu, kto nie zgadnie z jakiej apelacji pochodzi… Cudeńko reprezentuje ekipę „La Giuva”. Skąd ten sportowy odnośnik? Już odpowiadam: Alberto Malesani, założyciel tej młodej winiarni, w przeszłości parał się futbolową managerką. Sama nazwa zaś to sprytna kombinacja imion Giula i Valentina – córek Alberto i głównych decydentów wydarzeń w winnicy i piwnicach.

La Giuva "Il Valpo"

La Giuva „Il Valpo”

Samo wino zaś to kwintesencja tego, dlaczego szukamy „prostych” Valpolicella. Jest niebywale zwiewna w konstrukcji i proporcjonalnie inna w wyrazie. Na tej przestrzennej, lekkiej ramie rozpięto całe mnóstwo silnej i świeżej owocowości, posypanej szczyptą ziół. Do środka wpuszczono tyle ożywczego tlenu i orzeźwienia, że nie wiadomo kiedy sięga się po kolejna porcję. A że przy okazji to wino imponująco „jedzeniolubne”, okazji do konsumpcji jest więcej, niż mniej. Zapomnijcie o ostrygach i krwistych mięsach. Resztę, dobrze lub lepiej, bez trudu „Il Valpo” obsłużycie.

Przy okazji spójrzcie na sposób, w jaki „La Giuva” chroni swoje dzieła, z Amarone i Recioto włącznie. To, w połączeniu z naturalnym korkiem wysokiej jakości, daje winom wiele szans na bycie sobą, a przy okazji na dojrzewanie w spokoju… Gdzie i za ile można kupić miłego bohatera? Na flaszce była banderola, więc niedługo pewnie gdzieś ją zobaczymy. Czy warto? Za tą autentyczność – bardzo!

Oby nie zabrakło laku ;-)

Oby nie zabrakło laku ;-)

26 lis

Złoty dzwoneczek i mroźna iluminacja

Dzwoń dzwoneczku

Kilka dni temu odebrałem kolejną porcję smakowitości od Tomka Kalenika z trójmiejskiego importera Winers. Kiedyś, na fejsbuniu, opisałem w kilku słowach każdą z tamtych butelek, reprezentujących startowe portfolio firmy. A że ciężko pracują nad rozwojem oferty, wiem z naszej dość regularnej korespondencji. Ostatnimi czasy jednakże czuć było wyraźnie, że chwycili w swoje ręce coś, nad czym nie potrafi przejść bez słusznej dozy emocji. Zaglądam zatem do kartonu, a tam… 6 butelek, spośród 2 już trafiły do mojego kieliszka. I tak jak Tomek, nie potrafię przejść nad nimi obojętnie. Oj nie!

Dzwoń dzwoneczku

Dzwoń dzwoneczku

Na początek – nowy projekt legendarnego Chateau Angelus, Premier Grand Cru Classe „A” z Saint Emilion. Tu mamy do czynienia z autorskim projektem, wykraczającym poza ramy lokalnej apelacji, a samo wino świetnie się w ten pomysł wpisuje. Ciepły rocznik 2010 szafuje zazwyczaj bogatym owocem. Tym razem mamy wręcz do czynienia z konfiturową wiśnią, czarną porzeczką, wędzonymi śliwkami, pieprzem, goździkami, gorzką czekoladą itd itp. Ktoś powie – nowomodne, modernistyczne, międzynarodowe, łatwe. I pewnie miałby sporo racji, lecz nie całą. Pod spodem czuć klasyczność wina, słodycz nut jest świetnie wyrównana przyjemną kwasowością, ciało jest gibkie, świetnie wyrzeźbione, a taniny drobne, miękkie, acz wyraźne i zadziorne. Znakomita propozycja nie tylko dla restauracji (wierzcie – cena hurtowa mile zaskakuje), a także na prywatne potrzeby. Zdecydowanie już otwarte i chętne na spotkanie z kieliszkiem, a co jeszcze lepsze – z odbiorcą. Także bez żadnego wspomagania się łączeniem z potrawami, by pokazać pełną krasę. Spełni się doskonale jako tło męskiej rozmowy i pogaduch z przyjaciółką/ami. Bierzcie i pijcie!

Lodowa iluminacja

Lodowa iluminacja

Jeżeli natomiast uważacie, że już zaszalałem z achami i ochami, to się teraz naprawdę solidnie nimi z Wami podzielę. Ci, którzy uważają, że „znawcy” wypada pijać tylko wytrawności, a do słodyczy się nie przyznawać, w moim przypadku nie znajdą potwierdzenia tej teorii. Uwielbiam wręcz nieprzyzwoicie i równie, a może nawet jeszcze bardzie, wyjątkowej krasy wina słodkie. Od Tokaju, po Sauternes. Od Porto, po Malagę. Nigdy jednak nie ukrywałem, że niemieckie i austriackie winnice w tej materii są dla mnie alfą i omegą. A w przesyłce znalazłem trzy wina od Hansa Tschidy, rok po roku uznawanego za najlepszego słodkiego winiarza świata. Wiadomo, że takie hasło odruchowo budzi ciekawość, lecz i dozę sceptycyzmu… I wiecie co? I się….. bardzo niepotrzebnie tym drugim zajmowałem. Na „pierwszy ogień” poszedł Angerhof Eiswein Gruner Veltliner 2012. I powiem tak: z zachwytu najpierw oniemiałem, następnie zapiałem, a na koniec doznałem iluminacji… To najlepsze wino lodowe, jakie w tym roku miałem okazję próbować. I jedno z najlepszych, jakie próbowałem ever! Nie tylko tych ze zmrożonych winogron, lecz w ogóle! Prawdziwie gęste, lepkie, oszałamiające bogactwem i ilością wszelkich aromatów należnych, bezpardonowo pyszne, a przy tym rysujące w głowie nieprawdopodobne myśli na temat jego przyszłości. Niechybnie w jeszcze ciekawszej, inspirującej i zmysłowej formie  przez najbliższe dekady. Tak. DEKADY! Szukacie hedonizmu już? Bardzo proszę! Szukacie przeżyć za iks lat? Proszę bardzo! Szukacie wzoru Eiswein’a? Proszszsz! Sam zaś, na pewno poproszę Tomka o odłożenie kilku flaszek. A co!

16 lis

Wine Avenue to Mercato Piemontese

"Dzikie" pappardelle @Mercato

I to by było na tyle z piemonckich planów na ten rok… Plany były wielkie, a rzeczywistość brutalna. Nie będzie Trattoria Nelle Vigne. Nie zajrzę do nowego hotelu Massimo Pastury z Cascina La Ghersa. Nie zajrzę do Grandi Vini Alba po zapasy unikatów. Ba! Nawet trufelka nie będzie dane kupić na Via Vittorio Emmanuele…

W tej pełnej żałości rozterce zastała mnie wiadomość z Wine Avenue. Chwalili się, że wraz z Mercato przy Pięknej urządzają piemoncką kolację. Przy okazji byli tak mili, że znaleźli tam miejsce o dla mnie. I weź tu odmów… Zatem nie odmówiłem! Z kilku zresztą powodów. Po pierwsze – nie było okazji do tej pory zapoznać się obydwoma projektami. Po drugie – nazwy i nazwiska na winach były bardziej, z mojej perspektywy, niż interesujące.

Siedzą, piją, jedzą śledzie... @Mercato

Siedzą, piją, jedzą śledzie… @Mercato

Lodowatym wieczorem zasiedliśmy zatem przy długaśnym, szczupłym stole, Panie Kelnerki serwowały specjały, opowiadał o nich jeden z właścicieli Mercato – Michał Szadkowski, a wina otwierał i o nich recytował Tomasz Zaremba z Wine Avenue. I już spieszę pisać, co to były za typki.

"Dzikie" pappardelle @Mercato

„Dzikie” pappardelle @Mercato

Do przekąsek sączyliśmy Calaeno Roero Arneis DOC za złociszy 72. Cena jak na szczep dość poważna, lecz i wino w tym guście. Arneis zazwyczaj zgrywa przyjemniaczka – tu trochę wosku, tam trochę ziół, tu sporo owocu, a ten dokładał do zabawy nuty orientalnych przypraw, egzotyczność, materię i powagę. Na niedzielę w sam raz.

Po rozgrzewce ruszyliśmy rozprawić się z jednym z moich ulubieńców – Ruche di Castagnole Monferrato DOCG, i to w dwóch odsłonach. Kto nie próbował Ruche z tej apelacji – powinien to zaraz nadrobić. Kto próbował – namawiać już nie muszę…

Obydwa mega kwiatowe, z różą i geranium wręcz przytłaczającymi soczysty, truskawkowo-porzeczkowy owoc, wzbogacony wyraźniejszą wiśnią w wersji droższej, tak jak i solidniejszą materią, co jest argumentem dla tych, którzy jej szukają. W obydwu nie brakuje jednego – alkoholu! Tu od razu możecie zakładać, że będzie ciepło w gardziołkach. Za takie zabawy trzeba zapłacić odpowiednio – 75 i 93 złocisze. Jako że nie chciało mi się dźwigać na mrozie, wyszedłem z butelką tego drugiego, a po pierwsze wpadnę przy najbliższej okazji…

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Takie lubię, nie ukrywam @Mercato

Ostatnie dwie czerwienie reprezentowały stajnię, która uwielbiam od ładnych 15 lat, gdy miałem przyjemność poznać Norberta Reinisch’a, zięcia Giacomo „Braida” Bologna, który w świecie Barbery był cesarzem, a jego Bricco del Uccellone jest szablonem możliwości Barbery d’Asti i nie tylko tej.

My próbowaliśmy Montebruna Barbera d’Asti DOC, którą znam od lat na wylot. Inna sprawa, że przez lata wspólnych wspomnień i przygód z winami „Braidy” i Norbertem nazbierało się wiele, jak choćby jedna z ostatnich flaszek „Uccellone” 1989 z 3 litrowej flaszki. Taaak… Ale ale… Montebruna! Montebruna jest doskonałym przykładem klasy i relacji do ceny. Nie jest tania, lecz Merecedesy nigdy nie są tanie. Także „C” klasa… No, chyba że używana, lecz kto chciałby kupić używaną flaszkę? Drugim z win pd Giacomo był Il Baciale Monferrato Rosso DOC, czyli wino z „apelacji-fortelu”, dzięki której można utrzymać status win, używając nietradycyjnych odmian przede wszystkim. A tu do Barbery domieszano Pinot Nero, Cabernet Sauvignon i Merlot. Fajne, z chrupką taniną, nerwem, owocowym urokiem i eleganckim odzieniem. Obydwa wina kosztują po 104 złotówki, gwarantują za to totalny brak zażaleń.

A na koniec – Moscato d’Asti. I co Wam będę opowiadał. jakie jest – każdy widzi i cieszy się lub omija. Tu mamy edycję smukłej treści, co świetnie wróży kompanii do serników i macedonia, nie mówiąc o zmrożonym na koniec długiego wieczoru.

 

02 lis

Mała duża premiera

Cantina Soarda Il Pendio

Już miała być madziarska historia, lecz… pierwsze rzeczy pierwsze. A pierwsze na całość wciągnęły mnie Włochy, choć nie były pierwszym, ani nawet drugim odwiedzonym winiarskim rajem. To były czasy mojej pracy w restauracji „Balgera” , w których stałem się pełnokrwistym sommelierem. Kto pamięta ten obiekt – ten wie o czym jest pisane, a kto nie – niechaj żałuje, zwłaszcza kilku pierwszych lat jej działalności. Ponad 300 win w karcie, lekko 75% z Półwyspu Apenińskiego. Na początku, gdy karta dopiero rosła, główna siłą napędową była oferta trójmiejskiego importera „Noma” pod batutą jej charyzmatycznego właściciela i italianofila w jednej osobie – Jerzego Kułakowskiego.

Dziś cała grupa importerów poszło w ślady pioniera i skoncentrowała się na winach włoskich. Jednym z niemłodych już pomysłów są „Małe duże wina” pod dowództwem Szymona Milonasa – kolegi ze Stowarzyszenia Sommelierów Polskich, a przy okazji – wykładowcy WSET, którego kursy prowadzi już dość regularnie, podnosząc kwalifikacje winnej braci i entuzjastów. Sam miałem okazję do tej pory uczestniczyć w programach WSET-u tylko jako uczestnik, zatem gdy Szymon zaproponował poprowadzenie jednej z sesji dla swoich słuchaczy, z przyjemnością podjąłem rękawicę. Mam nadzieję, że go nie zawiodłem swoim premierowym występem. Wychodząc, zostałem zaopatrzony na drogę w zimny wieczór w kilka zacnych butelek, i o dwóch z nich, które już pożegnałem, czuję wewnętrzny przymus opowiedzieć słów kilka…

Cantina Soarda Il Pendio

Cantina Soarda Il Pendio

Obydwie substancje powołała do życia Cantina Soarda, ulokowana w Bassano del Grappa, na północny wschód od Vicenzy, czyli ogólnie rzecz ujmując – królestwo Soave i „okolice”. Te „okolice”, to bardzo ważny fragment całej historii, ale o tym za kilka linijek.

Na pierwszy ogień – Il Pendio, Nietuzinkowe połączenie oczywistej tu Garganega i… Vespaiolo. Próbowaliście już tej odmiany? Zapewne była okazja, choć pewnie w innej wersji, zapewne w dużo słodszym odcieniu. Vespaiolo bowiem wzięło swoją nazwę od os, krążących przy nabrzmiałych od cukru kiściach tej odmiany. Wersje wytrawne są rzadko spotykane. Tu zdecydowana większość Garganegi trafiła na 12 miesięcy do dębowych baryłek, pozostała część i „Osówka” przeszła swoją drogę w kadziach ze stali nierdzewnej, by w całość pomysłu zaakcentować pazur pierwszej i szczodrość drugiej. I udało się znakomicie, zwłaszcza gdy myślimy o tej porze roku, tudzież pomysłach na wino do łączenia ze strawą. Wino jest krągłe, wręcz oleiste, solidnie skonstruowane, wabi kapiącymi sokiem owocami tropikalnymi, pieczonym jabłkiem, miodem, delikatną korzennością i mineralnym nerwem w smaku. Łatwo je sobie wyobrazić schłodzone do 12 stopni, przelane na pół godziny do wąskiej karafki, podawane w kieliszkach do Pinot Noir, w towarzystwie treściwych ryb z maślanych sosach, schabu w galarecie z rodzynkami, pieczonych białych mięs, nawet tych dość tłustych. Jeżeli myślicie o ciekawym winie na bożonarodzeniowy stół – Il Pendio czeka! Nie jest najtańsze, lecz po pierwsze to święta, po drugie – ceny w „Małych dużych winach”, odnoszą się do pierwszego słowa, a do drugiego – jakość.

Na deser  – Cantina Soarda Sarson. Prawdziwe Torcolato, czyli jedna z najpyszniejszych i sutych słodyczy w bieli, jakie możecie sobie z Włoch wymyślić. Lepkie, kremowe, pełne miodu, toffi, karmelu, słodkich przypraw, lecz i młodzieńczości nut cytrusów, brzoskwiń i moreli, bliskich nektarowym rejestrom. Dobroć sama w sobie, oczywiście świetna do deserów mlecznych, serników, serów z niebieską pleśnią i foie gras. Grunt, by była schłodzona, a kieliszki jak rozwinięty tulipan – sami się ucieszycie, a i ciocia pokocha!

 

24 lut

Bajoz Crianza Toro DO 2007

Na jednej z niedawnych degustacji, którą miałem okazję przygotować dla sommelierów, dziennikarzy, blogerów i amatorów winnych, jeden z zaproszonych, w jednym zdaniu sprawił mi niekłamaną radość i przyprawił o smutek jednocześnie. Oznajmił mi bowiem, że „byłem jego bohaterem, dopóki nie spróbował Bajoz Crianza”. Spytałem: „czemuż tak?” W odpowiedzi usłyszałem że: „miał być słodziak, a był kwasior”…

Bajoz słodziakiem? Bajoz kwasiorem? Coś tu nie grało… Nikt nigdy nie mówił w tej sprawie o cukrze, a jedynie o bogatych nutach owoców, lecz wciąż o winie wytrawnym. Z drugiej strony – akurat ta linia win jest postrzegana jako raczej modernistyczna, łatwo przemawiająca do gustu konsumentów na wielu długościach i szerokościach geograficznych. Używając pytań pomocniczych, doszliśmy wraz z trzecim nam towarzyszącym do wniosku, że mój były fan nieszczęśliwie trafił na… uszkodzoną utlenieniem butelkę.  Dla pewności postanowiłem jednak zbadać sprawę jeszcze raz. Toć od ostatniego podejścia do tejże flaszki, minęło parę chwil, rocznik dojrzał i na pewno się zmienił…

2007 Pagos del Rey Bajoz Crianza Toro DO

Sprawca zamieszania

Sprawca zamieszania

Zatem krótko i na temat: kolor nadal intensywny, z lekko płowym pierścieniem, potwierdzającym dojrzały już wiek wina. Zapach rozwinięty, złożony, potrzebujący chwili by się otworzyć i ukazać nuty wędzonej śliwki, powideł, konfitury z owoców leśnych, tytoniu, fig i leśnego runa. W ustach gładkie, smukłe, poukładane, potwierdzające ewolucję, lecz wciąż krążące pomiędzy wytrawnością, a cukierniczą korzenno-owocową barwą nut. Absolutnie wino w szczycie rozwoju, do picia teraz, do picia po godzinnej dekantacji, z mniejszych kieliszków do Bordeaux, w 18 stopniach Celsjusza, do dobrej kaczej nogi confit z żurawiną lub wiśniami, do tłustych przekąsek mięsnych z owocowymi dodatkami, kawałka półtwardego żółtego sera, tudzież antrykotu w wyższych stanach wysmażenia. Wciąż spokojnie godzien ocen gdzieś w okolicach 84-85 pkt.

Do kupienia w Winezji i Centrum Wina, za 57 złociszy.

O nie, Drogi Padawanie! Nie mogło być inaczej, niż w podjętej podczas rozmowy konkluzji. Żądam natychmiastowego powrotu do galerii chwały! Niechaj będzie bez przeprosin, lecz kieliszek wychylić musimy.