10 gru

Dwa razy wino idealne!

W życie każdego człowieka są takie chwile, kiedy musi włączyć systemy obronno-utrwalające. Chroniące przed niedolą chwili, tudzież sankcjonujące rewelacyjność tego tu i teraz. Takich win jest sporo, i pewnie dla każdego ta lista będzie wyglądać nieco inaczej. Dziś postanowiłem wymienić dwa z nich, połączonych wspólnymi mianownikami. Tak konstrukcji, jak i przydatności w specyficznym momentach. Jakich? O tym już za chwilę.

Jedno w tych flaszkach jest pewne i bezcenne – wykorzystane w odpowiednim momencie, bez trudu wprawiają nas w dobry nastrój, czasem wręcz euforię, przez co pomimo obiektywnych potrzeb odrobiny więcej do techniczno-organoleptycznego ideału, takimi właśnie są tu i teraz. I za każdym razem w podobnej sytuacji są warte równe 100 pkt cudom świata.

Barolo Chinato – 

Cordero di Montezemolo Barolo Chinato

Cordero di Montezemolo Barolo Chinato

Rzadko, zdecydowanie zbyt rzadko spotykany przedstawiciel mojego ukochanego Piemontu, Wino ciekaw o tyle, że o ile bazą jest Barolo, a z reguły – właściwie różne jego roczniki połączone w jedną całość, to do kompletu sprawę wzbogaca fortyfikacja, cukier i ekstrakt z ziół, wśród których, jak nazwa słusznie sugeruje, chinina jest wiodącym, choć nie jedynym. Bez trudu znajdziecie też kolendrę, kardamon, irysy, wanilię, miętę,  cynamon itp itd., zależnie od pomysłu producenta. Co niektórzy pewnie pomyślą – coś a’la wermut. I poniekąd będą mieli rację, choć nie do końca. Tak, czy inaczej – to jeden z najlepszych pomysłów na ratunek po ciężkiej kolacji, w ojczyźnie naszego bohatera kończonego często bunet’em. W chwilach przesycenia jest wręcz bezcenne, a przecież takie znów przed nami…  😉

Podawajcie je w kieliszkach do białego wina (Riesling, Chardonnay), w niewielkich, 70-100 ml. porcjach, w temperaturze 16-18 stopni, bez dekantacji, bez zbędnych manewrów. W Polsce kupicie je pewnie nie bez trudu, lecz tu cenna informacja – producent jest ważny, ale nie aż tak, jak w przypadku klasycznej wersji. Ceny? Od 17 do 35€, zależnie od wytwórcy i wielkości flaszki (0,375 – 0,75l.).

To powyżej przyjechało w bagażniku wprost z La Morra, a Andrea policzył mi za nie euro 32 za pełnowymiarową pojemność każdej sztuki. Mając na uwadze, że nie pije się tego dużo na raz (choć można…), i może postać w lodówce lub na półce – wychodzi gospodarnie, a mając na uwadze wydźwięk spożywania – wręcz okazjonalnie.

Nieobiektywnie przyznaję mu punktów 100, a  nieco bardziej „na spokojnie” – 88

Recioto della Valpolicella

Recioto della Valpolicella

Lubicie Amarone? Kto nie lubi?! W każdym razie – ja uwielbiam. Niemalże niezależnie od nastroju i pogody. Zresztą – taki adres chciałem nadać mojej skrzynce pocztowej. Niestety – ktoś mnie ubiegł, skorzystałem zatem z nazwy jego „starszego brata”, którym bez cienia wątpliwości należy nazwać Recioto della Valpolicella.

Gdzie i jak powstaje? Muszę to powiedzieć i wytłumaczyć, mając w pamięci miny i pytający ton tych, którzy o mój adres pytali… Recioto to nazwa słodkiego wina powstającego kilku apelacjach Veneto, z podsuszonych przed fermentacją gron. W Valpolicella, jak łatwo sobie wyobrazić, kluczem do sprawy są odmiany Corvina i Rondinella, czasem Molinara, Negrara i ska. Po ponad trzymiesięcznym suszeniu w frutaio, czyli „stodołach” wentylowanych kiedyś wiatrem znad Gardy, a dziś co raz częściej w sposób kontrolowany techniką. Tak przygotowane kiście przechodzą klasyczną fermentację, przerwaną jednak w wybranej przez twórcę chwili. Po co? Po to by zostawić w winie naturalny cukier. Ile? To zależy: od kilkudziesięciu do kilku setek gramów, jak choćby czyni to Romano dal Forno w swoim „superkoncentracie”. Dość łatwo to poznać, poza wyjątkami jak Romek. Im mniej alkoholu – tym więcej cukru. I odwrotnie. Najczęściej spotkacie 11,5 do 14% alkoholu.

A jak smakuje RdV? Niby „od Sasa do Lasa”. lecz spokojnie możecie zakładać słodycz, gęstą, miękką fakturę, mnóstwo konfiturowych i likierowych nut wiśni, czereśni, śliwek (nawet wędzonych), cynamonu, marcepanu, czasem jagód, lukrecji i cedru. Powinniście je pić w kieliszkach do Sangiovese/Rieslinga, w temperaturze 16-18 stopni, cięższe wersje uprzednio dekantując w szerokiej karafce, o ile flaszkę zamierzacie pożegnać na raz.

Do czego? Lepsze wydania oczywiście będą grały z deserami na bazie czekolady, także mlecznej, a także deserów ze smażonych i pieczonych owoców, pokrewnych do tych wyczuwanych w winie. Mój ulubieniec jednak jest całkiem inny – plaster słodkiej wersji sera gorgonzola, polany rozgrzaną białą czekoladą z posiekanymi w plasterki czarnymi oliwkami, świeżo mielonym pieprzem białym i czarnym, ewentualnie gałką muszkatołową, przy mniej alkoholowych edycjach.

A kiedy jest warte ideału? Otóż nie wyobrażam sobie, by wracając do domu po długiej trasie za kółkiem, mając do dyspozycji flaszeczkę Recioto, nie ukoić ran długiej podróży takim oto balsamem. Paradoksalnie: im prostszym i młodszym – tym lepiej. I tak tez staram się czynić. Ile kosztuje? To zależy od producenta. Od kilkunastu euro jak bohater ze zdjęcia, kupiony w gminnym markecie w Valpolicella, po grubo ponad sto w przypadku Romana i kilku jemu podobnych.

Tak, czy inaczej – kiedy już po nie sięgam, zawsze jest warte 100 pkt. A nasz zdjęciowy towarzysz zyskałby pewnie w tej skali zdroworozsądkowe 84.

02 lis

O dwóch takich winach, co ukradły…życie

Bez wyboru zostawiło mnie pierwsze świadome (prawie) zetknięcie z winem. Zderzenie z żelazną pięścią w aksamitnej rękawiczce. Ktoś pomyśli, że mowa o jednym z gron obdarzanych tym przydomkiem, lecz tym razem taki efekt dała kombinacja dwóch klasyków: Alzacji i Bordeaux. I to jakich!

Bodajże listopadowy, chłodny wieczór. Rok 1996. Restauracja Barbados przy ulicy Wierzbowej w Warszawie. Na dole elegancki klub z barmanami pierwszej ligi, na górze 8 stolików, Pan Krzysztof szefujący kuchni, krótkie, ciekawe menu i świetna jak na owe czasy karta win, w całości zaopatrywana przez owiane legendami La Passion du Vin. Rothschild, Bouchard, La Chablisienne, Mountadam, Sequoia Grove,  Quinta do Carmo, itd itd… Większość win dostępnych na kieliszki. Wtedy, wraz z Zanzibarem, miejsca okultystyczne dla rodzącej się „warszafki”.

Za oknem ciemno, temperatura zdecydowanie wnętrzowa, powoli zaczynają pojawiać się goście pierwszych rezerwacji. Jednym z nich – Francuz, stały bywalec, czekający na swoich gości. Może chciał zabić czas, a może zapewnić sobie i kompanii miły wieczór? Nie wiem. Pamiętam, jak poprosił o przyniesienie dwóch butelek wina, które po otwarciu sprawdził, zachęcając mnie do tego samego. Popatrzyliśmy, powąchaliśmy i spróbowaliśmy, a on równocześnie opowiadał, co w kieliszkach piszczy. Dziś jest moim anonimowym bohaterem i przyczyną, dzięki której ten blog w ogóle mógł powstać. Tak – owszem, pracowałem wcześniej w restauracjach, choćby U Dekerta na warszawskiej starówce, jednak tam wino było tłem dla piwa, koniaku i starki. To Barbados i późniejsza Balgera skierowały mnie w winną stronę.

Jakie to były wina? Pisałem już o tym razy kilka, lecz teraz, spróbuję wrócić do nich opisując je tak, jakimi je zapamiętałem i jakimi widzę je dziś, po 18-tu latach. Tak tak! Od tego miesiąca jestem pełnoletnim winoholikiem! :-)

1995 Pierre Sparr Selection Gewurztraminer Alsace AOC 

Pierre Sparr Gewurztraminer

– kiedyś pewnie pomyślałem że jest ciekawe, urocze, przystępne, nie straszy, nie wymaga. Dziś napiszę, że świetnie oddaje ducha odmiany winorośli, z której powstało: jest intensywnie aromatyczne nutami róży, liczi, moreli i odrobiny anyżku, w smaku jest krągłe, solidne, delikatnie słodkawe, potwierdza aromaty, dodając nieco cytrusowej, cytrynowej świeżości. Wciąż pozostaje winem łatwo zyskującym sympatię, lecz nie banalnym i prostolinijnym, jak czasami da się niesłusznie słyszeć o przedstawicielach tego szczepu. Na pewno świetnie sprawi się w towarzystwie osób bojących się win wytrawnych. Klasycznie można je rekomendować do średniej wagi potraw kuchni orientalnych, jednak raczej tych aromatycznych, niż pikantnych, a także lżejszych serów z niebieską pleśnią. Pijcie schłodzone do 8 stopni, w niezbyt szerokich kieliszkach.

Ten rocznik, dziś już raczej nie do znalezienia i na pewno nie do wypicia,  otrzymał u transatlantyckich krytyków 85pkt., a ja, za ostatnio próbowany rocznik daje mu tyle samo

Kupicie go w wybranych sklepach winiarskich i winiarniach, np. w Winnych Bielanach. Niestety, nie znam dokładnej ceny na dziś, a ostatnie spotkanie przeżyliśmy w czasie pięknej kolacji na francuskiej ziemi. Stawiam na przedział 60 – 70 złotówek

1990 Chateau Lafite Rothschild 1-ere Grand Cru Classe Pauillac AOC  

Chateau Lafite Rothschild 1990

– 18 lat temu wydawało mi się zawiłe, nieco trudne w do zrozumienia, ale na pewno eleganckie, wielowarstwowe, nietuzinkowe. Dziś, kiedy niedawno miałem okazję do niego wrócić i wybrać się w sentymentalną, w pierwszym odczucie znalazłem je…niemal identycznie. Tylko dziś ma lat 24, pięknie się rozwinęło, dojrzało, pozostając bytem nieoczywistym przede wszystkim z tego powodu. Kolor zaskakująco żywy, intensywny, choć delikatne płowe błyski są łatwo zauważalne na krawędziach. Pachnie w tak wielu kierunkach, że ciężko skupić uwagę na tym jednym , jedynym wiodącym, bo po prostu taki się nie wybija na pierwszy plan. Jedno słowo, którym da się opowiedzieć o całości wrażeń – to spokój. Harmonia aromatów konfitury z wiśni, czarno porzeczkowej nalewki, wędzonej śliwki, goździków, cedru, kawy, tytoniu, runa leśnego i mentolu. W ustach welon z gładkich, drobnych, charakternych tanin, podpartych subtelnym kwasowym kręgosłupem, przyjemny, orzeźwiający finisz z jagodami w pierwszej ławce. Z pewnością można by jeszcze chwilę poczekać i spisać kolejne, jednak tym razem tego luksusu nie mieliśmy, jako że następne rarytasy już czekały na swoją kolej w rękach sommelierów. Podawajcie go tak, jak należy – schłodzonego do 16 stopni, w średniej wielkości (400-500 ml.) kieliszkach do win Bordeaux. Dekantacja mile widziana, jednak dosłownie kilka dłuższych chwil przed podaniem, i raczej do wąskiej karafki, tzw. „wazonika”, niż do szerokiego dekantera. Do czego? Do siebie. Dla siebie. I tych, których lubicie, a którzy lubią Was i takie emocje. Ewentualnie do gęsiej i kaczej nogi, dobrego steak’a (tylko błagam – bez żadnego szpinaku i zieleniny w ogóle), no i oczywiście jagnięcego combra z miętą, lub tymiankiem i rozmarynem. Sery? Przekąski? Miejcie litość…

Ten rocznik wciąż jest w doskonalej formie. W naszej degustacji oceniłem go na 95pkt. +, a nasi transatlantyccy bracia obdarzyli go jednym oczkiem więcej.

Wciąż też jest dostępny u importerów specjalizujących się w topowych Bordeaux. Śmiało zatem pytajcie na Winkolekcji i Centrum Wina. Cena? Hmm W 1996 roku w Barbadosie kosztowała 590 złotych. Dziś raczej dodajcie zero na końcu.