12 lis

Zaskakująca Słowenia

Jak mówi stara prawda – im mniej się spodziewasz, tym więcej dostajesz. W tym przypadku porzekadło nie oddało w pełni nadchodzących wrażeń. Słowenia, pomimo swojego niewielkiego wszakże rozmiaru, porównywalnego z województwem mazowieckim, pokazała się jako kraj kolorowy, różnorodny i… lubiący dobre życie. Owszem – strefa euro nieco tą ostatnią sprawę komplikuje, jednak nie na tyle, żeby ją zgubić.  11 (!) różnych dialektów, 3 całkiem od siebie niemal odmienne regiony winiarskie, bardzo odmienne od siebie ich kuchnie, w pełni oddające sąsiedzkie wpływy na ten przecież bardzo młody niepodległą historią kraj. Do niedawna była mi krajem znanym jedynie z autostrady. I z tej, drogiej perspektywy, starałem się przez nią przejechać jednym tchem, co dotąd w sumie ładnie się udawało. 😉 Aż wreszcie przyszedł czas, gdy rad-nierad, musiałem spotkać się z nią oko w oko . Krótki lot małym odrzutowcem Adrii, i już lądowaliśmy w Lublanie.

Na początek ruszyliśmy na północny zachód, w kierunku Bledu, gdzie czekały na nas: duch niejakiego Tito, jedyna wyspa w kraju i kolacja w przepięknym, stojącym wyniośle nad miastem zamku. W czasie całej drogi nieodłącznie towarzyszyły nam rozciągające się po dwóch stronach dróg Alpy i Karavanki.  Pierwszy postój – Lectar, i lunch w restauracji z muzeum tutejszej chluby – miodowych, zdobnych serduszek. Brzmi znajomo? Nasze toruńskie cudeńka także tu spotkaliśmy, pomiędzy kuzynami z różnych stron świata.

Lectarskie serduszka

Lectarskie serduszka

Lectarska kuchnia jest dość ciekawa. Kiszona kapusta, kiszona rzepa, maka gryczana, wieprzowina… O ile przekąska tego obrazu nie potwierdzała w całości, to zupy – a jakże. Do wyboru – dyniowa serwowana w dyni i porowa serwowana w… papryce 😀 Obydwie jednak nie okazały się kremami, lecz wariacjami… kapuśniaków. Z dużą ilością dyni. Z dużą ilością pora….

Ozzorek, pasztecik, rzepa. dobre

Ozzorek, pasztecik, rzepa. dobre

W Bled zamieszkaliśmy w dawnej rezydencji Josipa Broz-Tito, a duch minionej epoki unosił się wszędzie. Pompowane łóżka, saloniki na każdym skrzyżowaniu korytarzy i w każdym pokoju, oddzielność pomieszczeń, wypasione spa… A na aperitif – Brinjevec. Nie piliście? Nie musicie, o ile nie czujecie się „zawodowcami”. Nam ten tarasowy wysiłek uprzyjemniał taki oto pejzaż:

Jedyna wyspa w Slowenii

Jedyna wyspa w Słowenii

Sam Bled jest małym miasteczkiem, a o klasie zamkowej restauracji i krasie zamku i wzgórza pisałem już przy okazji Pinot Grigio Movia i piany.

Z samego rana ruszyliśmy w poprzek kraju, czyli w… 3 godzinną podróż przez okolice Lublany, aż pod chorwacką granicę, do Jeruzalem Ormoz. O winiarni i jej winie także już wcześniej wspominałem. Na początek – spacer po kolejnych piętrach, a na samym dole, w piwnicach, degustacja starych win w piwnicach, a później lunch i testowanie wybranych win w winnicy Malik, pod okiem głównego sommeliera producenta, Roberta Puklavec’a, zakończyła się takim oto smakołykiem. Dosłownie!

11 lat, a jeszcze daleko do finiszu

11 lat, a jeszcze daleko do finiszu

Ostatni wieczór i dzień spędziliśmy w Lublanie. Kulinarna podróż, jaką zaserwował nam młody Szef kuchni restauracji Strelec, schowanej w zamkowej wieży, – niebo w gębie to zwyczajnie rzecz biorąc. Jeżeli będziecie w tym mieście, a nie zajrzycie na zamek i do restauracji – pretensje miejcie sami do siebie! Tym bardziej, że z tarasu wieży widok na miasto jest taki, jak dwie fotki niżej.

A samo miasto – nocą rozhulane, młode, lecz eleganckie i porządne. Policja czujna, ale nie przeszkadzająca w zabawie. Młodzież głośna, lecz trzymająca się w wyznaczonych granicach swawoli. Uliczki, place, mosty na rzecze – romantyczne, i pełne knajp wszelkich sortów. Pub Zamkowy, to całkiem inna bajka, od tej znanej z warszawskiej Starówki. Eeech…

Za dnia wszystko nabiera rozmachu i ciepła. Piękne zabytki, kolejka na zamkowe wzgórze , super bazar z pieczonymi kasztanami, pistacjami jak nigdzie indziej, i wszystkim, co Wam się ze Słowenią kojarzyć powinno.

Piękne i przytulne miasto

Piękne i przytulne miasto

Lublana by night z zamkowego tarasu

Lublana by night z zamkowego tarasu

Ruszajcie zatem zaraz, za chwile, kiedykolwiek, I życzę Wam, żebyście padli łupem słoweńskich uroków tak, jak nas to spotkało. 😉

05 lis

Co może dać wino z pianą?

Zamkowe restauracje z krajowej perspektywy ostatnich dekad, jeszcze do niedawna, rzadko przynosiły skojarzenia inne od grabieżczej działalności na jednorazowych gościach, czyt: turystach. Na szczęście dziś wiele zamków, pałaców, dworków odnowiono, i zamieszkały w nich hotele i restauracje, ukazujące bardzo zróżnicowane trendy kulinarne swoich szefów.

Jednak nie dane mi było dotąd zmierzyć się z podobnymi miejscami w Słowenii. A tam własnie powiodły mnie nogi, dobrze – skrzydła, ostatnim razem. I powiem tak – jestem zachwycony krajem w całości, a zamkowe knajpy pokazały się z jak najlepszej strony. Restauracji Strelec w Lublanie poświęcę osobny wpis, bo to, co nas tam spotkało, wymaga takiego potraktowania. Cuda-wianki normalnie!

Musicie odwiedzić Bled

Zamek w Bled nocą

Za to restauracja zamkowa w Bled, w którym mieszkaliśmy w posiadłości wzniesionej przez niejakiego Broz-Tito, zafundowała kilka ciekawych etapów wizyty. Po pierwsze – dla chętnych nauka sabrage (otwieranie szablą) za pomocą lokalnego musiaka, w zamkowej altanie, przy asyście dwóch uroczych sommelierek. Oczywiście chętni na edukację znaleźli się bez trudu. Po drugie – świetna karta win, zbudowana tylko z win słoweńskich, a dzięki ich różnorodności – w sumie kompletna. Po trzecie – ciekawe, ale i znakomicie wykonane przez tutejszych szefów kuchni potrawy.

Kolacyjne menu

Kolacyjne menu

Jako że pora była kolacyjna, a dania skłaniały do wyboru win nieco bardziej złożonych, do dania głównego wskazałem ciemnego jak noc  Refośka 2006 od Santomasa, a do przekąski zaordynowałem Pinot Grigio 2007 od Movii. I nad tą drugą parą zatrzymam się nieco dłużej. Dlaczego? O tym na koniec.

2007 Movia Pinot Grigio

2007 Movia Pinot Grigio

Jako że byliśmy mocną grupą w sile tuzina, poprosiłem nasze sommelierki o zdekantowanie od razu dwóch butelek i przystąpiliśmy do  degustacji. To nie było proste wino do zrozumienia w pierwszej chwili. Siedmioletnie, białe wino z położonej przy włoskiej granicy Goriśka Brda, w regionie Primorska, w której nie brakuje winiarzy z faktorem szaleństwa, do których śmiało można zaliczyć Aleśa Kristančič’a. Biodynamiczne, nie do końca konwencjonalne, solidnie dojrzałe, w nosie epatowało słodyczą akacjowego miodu, mineralnością i kandyzowanymi owocami, które w ustach, dzięki wyraźnej wciąż kwasowości, nabierały świeżości, balansując pomiędzy bardzo dojrzałymi brzoskwinią i grapefruitem, lekką słonością i gryczanym tłem. Oj tak – nie wszystkich z początku ten pomysł porwał, choć w myślach spokojnie przekraczał 90pkt. dodając jeden lub dwa.

Wszystko się zmieniło, gdy na stole pojawiła się przystawka. Rezultat połączenia był niebywale przyjemny. Wino w konfrontacji z daniem stawało się delikatne, z bardzo świeżymi nutami moreli i cytrusów, przy okazji łagodząc intensywny smak potrawy. Siedziałem i w duszy, po cichu, cieszyłem się z takiego obrotu spraw, nie chcąc jednak nic sugerować lub narzucać pozostałym uczestnikom biesiady.

Prawdziwą nagrodę usłyszałem jednak dopiero następnego dnia, gdy jeden z towarzyszy, przy aplauzie pozostałych, wypowiedział takie oto zdanie: „Wiesz Tomku, do wczoraj, jako laik,  szanowałem twoją pracę, ale nie do końca miałem przekonanie, czy to nie są tylko czary-mary. Od wczoraj, od piany z pstrąga i tego z początku strasznego wina wiem, że to wszystko ma sens. To było coś pięknego”.

A teraz – idę ucieszyć się jeszcze raz …