24 lut

Bajoz Crianza Toro DO 2007

Na jednej z niedawnych degustacji, którą miałem okazję przygotować dla sommelierów, dziennikarzy, blogerów i amatorów winnych, jeden z zaproszonych, w jednym zdaniu sprawił mi niekłamaną radość i przyprawił o smutek jednocześnie. Oznajmił mi bowiem, że „byłem jego bohaterem, dopóki nie spróbował Bajoz Crianza”. Spytałem: „czemuż tak?” W odpowiedzi usłyszałem że: „miał być słodziak, a był kwasior”…

Bajoz słodziakiem? Bajoz kwasiorem? Coś tu nie grało… Nikt nigdy nie mówił w tej sprawie o cukrze, a jedynie o bogatych nutach owoców, lecz wciąż o winie wytrawnym. Z drugiej strony – akurat ta linia win jest postrzegana jako raczej modernistyczna, łatwo przemawiająca do gustu konsumentów na wielu długościach i szerokościach geograficznych. Używając pytań pomocniczych, doszliśmy wraz z trzecim nam towarzyszącym do wniosku, że mój były fan nieszczęśliwie trafił na… uszkodzoną utlenieniem butelkę.  Dla pewności postanowiłem jednak zbadać sprawę jeszcze raz. Toć od ostatniego podejścia do tejże flaszki, minęło parę chwil, rocznik dojrzał i na pewno się zmienił…

2007 Pagos del Rey Bajoz Crianza Toro DO

Sprawca zamieszania

Sprawca zamieszania

Zatem krótko i na temat: kolor nadal intensywny, z lekko płowym pierścieniem, potwierdzającym dojrzały już wiek wina. Zapach rozwinięty, złożony, potrzebujący chwili by się otworzyć i ukazać nuty wędzonej śliwki, powideł, konfitury z owoców leśnych, tytoniu, fig i leśnego runa. W ustach gładkie, smukłe, poukładane, potwierdzające ewolucję, lecz wciąż krążące pomiędzy wytrawnością, a cukierniczą korzenno-owocową barwą nut. Absolutnie wino w szczycie rozwoju, do picia teraz, do picia po godzinnej dekantacji, z mniejszych kieliszków do Bordeaux, w 18 stopniach Celsjusza, do dobrej kaczej nogi confit z żurawiną lub wiśniami, do tłustych przekąsek mięsnych z owocowymi dodatkami, kawałka półtwardego żółtego sera, tudzież antrykotu w wyższych stanach wysmażenia. Wciąż spokojnie godzien ocen gdzieś w okolicach 84-85 pkt.

Do kupienia w Winezji i Centrum Wina, za 57 złociszy.

O nie, Drogi Padawanie! Nie mogło być inaczej, niż w podjętej podczas rozmowy konkluzji. Żądam natychmiastowego powrotu do galerii chwały! Niechaj będzie bez przeprosin, lecz kieliszek wychylić musimy.

30 gru

Co wypić w Sylwestra?

Jak zwykle stoimy przed dylematem, jakim winem musującym pożegnać stary i przywitać nowy rok. Z pewnością w niejednej lodówce czai się parę różnych flaszek, jednak większość z nas na ten jeden dzień i tak kupi to jedno jedyne, lub jedno z niewielu w ciągu roku. A i kolekcjonerzy stoją przed dylematem, który wybór będzie tym naj naj.

Byłoby  bardzo miło witać wszystko...

Byłoby bardzo miło witać wszystko…

Odpowiedź jest tylko jedna, niezależnie od tego co lubimy i na co nas stać: najlepsze z tych w zasięgu możliwości naszego języka i portfela! Jak tu wierzyć, że nowy rok będzie lepszy, skoro przywitamy go na „pół gwizdka”, tudzież „byle byle”. Nie – nie namawiam na katowanie się kwasem, jeżeli lubimy słodycz. I odwrotnie – jeżeli cukiereczki nie są naszym wzorcem szczęścia, sięgajmy po brzytwy. Decydujcie emocjami. Sięgajmy po to , na co przez cały rok tylko zerkaliśmy.

A co wybrać? To zależy, gdzie mieszkacie. Dla mieszkańców miejscowości z niewielkim wyborem ofert importerskich, proponuję zajrzeć do jednej z sieci. One na ta okazje przygotowały nam kilka standardów i niespodzianek cenowych, dzięki którym całoroczne westchnięcia łatwiej będzie urzeczywistnić. Jeżeli mieszkacie w Warszawie, macie szczęście przebierać jak w ulęgałkach… Poniżej kilka propozycji, po które sam bym sięgnął, gdybym już nie wybrał 😉

Sklepy ogólnodostępne:

budżetowo -półsłodkie: Montanha Reserva Meio Seco z Biedronki za 17.99, a wytrawne:  najbardziej chyba niedoceniane przez cały rok – Jacob’s Creek Chardonnay-Pinot Noir Cuvee Brut, dostępne w hiper/super marketach oraz sklepach z alkoholami za około trzy dychy.

szalejemy- Hipermarkety przygotowały różne promocje Veuve Clicquot i Moet&Chandon, zaczynając od około 129 złotych, kończąc gdzieś przy 159. Inny wybór klasyka – Mumm Cordon Rouge: w Biedronce za 119 złotych w wersji Brut, a w Lidlu za 149 wersja Demi-Sec. Wybór:  wytrawny Mumm i Veuve Clicquot, zależy kto woli owoc, a kto kwiat.

Tym, którzy mieszkają w stolicy, polecam ich uwadze takie oto adresy i nazwy:

Mielżyński Wines, ul. Burakowska- Prosecco Rustico od Nino Franco za 59 PLN, znakomity Cremant d’Alsace od Bott Geyl za złotych 74, a dla fanatyków pierwowzoru, tylko i wyłącznie szampan od Deutz za 169. Jest wyśmienity! Szaleńcom polecam Amour de Deutz. Cena? Jak pytacie – to nie kupicie 😉

Wine Corner, ul. Biały Kamień – Prosecco od Malibran: moja ulubiona wytrawna Sottoriva za 54 złotówki, a dla zwolenników łagodniejszych spraw: Gorio za pięć złotych więcej

Złoto Hiszpanii, pl. Wilsona i ul Francuska – Cava Brut Reserva od Giro Ribot za 39, a najbardziej – różową Raventos y Blanc DeNit Cava za 74 złote.

Centrum Wina, sklepy w wybranych galeriach handlowych – sprawdzony przez lata Gancia z serią Cuvee Platinum: półsłodkie Asti za 52 i półwytrawne Prosecco  di Valdobbiadene za 69 złociszy.

Tymczasem wkładam moją flaszkę do  lodówki i jeszcze raz dziękuję Piotrowi & Sce za tak wspaniały prezent! Prosit!

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)

 

09 gru

Mazowsze vs Veneto vs Kamptal

Steingarten

Jak to w końcu jest? Czy „toskański syndrom” straci kiedyś swoją moc? A jeżeli tak – to kiedy? A może: dlaczego? I co to w ogóle jest ten „ts”? Otóż jest to łatwo zauważalne zjawisko, przez które wielu porwało się z motyką na słońce, czyli – import wina. Toskania jest tylko przykładem, hasłem, emblematem. Równie dobrze może nim być Chorwacja, Grecja, Douro itp itd… Czyli – miejsca, do których jeździmy wypocząć, spędzić dobrze wolny czas, najczęściej z tymi, których lubimy, w okolicznościach, które nas porywają. Próbujemy lokalnych produktów, chłoniemy pejzaże, folklor, poznajemy ciekawych ludzi, popijamy tamtejsze wina. I wtedy nie raz nachodzi olśnienie: „2€ za takie wino?! Przecież to będzie bestseller!” A w kraju wino nie smakuje tak samo, krajobraz jest inny, nastrój też… Tym bardziej, że nie do końca wiemy, co z tym zaimportowanym już winem zrobić, by choć odzyskać włożony kapitał… Dzięki temu zjawisku dopracowaliśmy się wielu importerów, ale tylko…w statystykach… Czy jest szansa na jakieś lekarstwo, by uchronić się przed takim losem?

I weź się oprzyj urokom Prioratu.. ;-)

I weź się oprzyj urokom Prioratu.. ;-)

Na pewno!. Po pierwsze – brak kapitału na głupoty. Po drugie – brak czasu na głupoty. Po trzecie – brak chęci na głupoty… Tylko jak się do tego ostatniego dorwać, nim będzie za późno? Bardzo prosto – trzeba tylko pamiętać, że „co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas” 😉 A w prozie życia najmocniej smakuje… proza życia. Mącąc wszystkie inne smaki… Staram się o tym pamiętać, choć licho wciąż kusi. Jednak takie przypadki jak te, o których za chwilę, trzymają mnie przy nadziei, że ten kłopot jest już za mną. Z tegorocznych podróży co-nieco trafiło z bagażnika do domu, czekając na swoją kolej. I wiecie co? Tu, na miejscu, smakowały tak samo dobrze, a właściwie – to może nawet lepiej?

2013 Brundlmayer Gruner Veltliner Kamptal Landwein

Brundlmayer Gruner Veltliner

Ostatniego dnia tygodniowego pobytu w Thermenregion, miałem okazje wziąć udział we wspaniałej kolacji z grupą austriackich winiarzy wybranych spośród najlepszych w kraju. Aj aj – to był raj! Mówię Wam! Następnego wieczora bylem już w Wawie. Umęczony podróżą przez częstochowskie korki, zajrzałem do lodówki i znalazłem tam napoczętą przez Maję i jej przyjaciółkę butelczynę naszego bohatera. I wiecie co? Smakowało jak nigdy przedtem, choć znam je na wylot z wielu, nie tylko wyjazdowych okazji.

Powściągliwe w zapachu, ale za to całkiem silne i charakterne w smaku, orzeźwiające, krągłe, lekuchno zadziorne. Dało zastrzyk nowej energii, ale też i zwykłej przyjemności nęcąc świeżą gruszeczką, jabłkami i cytryną. Nie jest to skomplikowane wino, za to niebywale porządnie wykonane, typowe dla tego, co ma reprezentować i szalenie użyteczne na stole.  Kupicie je w Winezji i Centrum Wina, za złociszy 69, ale za cały 1 litr!

Podawajcie je w kieliszkach do Rieslinga, w temperaturze 8-10 stopni, bez zbędnych ceregieli. Do czego? Do czego nie?! I lżejsze rybne strawy – marynaty, carpaccio, ale tez i nawet do smażonego na patelni karpia, okonia i okolicznej braci, do salat, do prostych potraw z owoców morza, pizzy z łososiem, past w sosach z białego wina, pierogów ruskich i z kapustą, no i oczywiście do białych mięs, wśród których sznycel i schabowy są oczywistą oczywistością….

Ja tymczasem daję mu punktów 84, które nie w pełni odzwierciedlają moje do niego emocje.

2010 Speri Valpolicella Classico Superiore Ripasso DOC –

Speri Valpolicella Ripasso

Ta flaszeczka przyjechała z październikowej podróży za rocznikiem do Piemontu i z powrotem. Próbowana tam, doskonale spełniła swoją rolę tła kolacji, w resto w porcie w Bardolino. Garda szumiała, kelnerzy śpiewali menu włoską mową, Maja wyglądała jak zwykle prześlicznie.

Przyszły pierwsze mrozy, Warszawa. Brak Gardy, zimno na dworze, w telewizji smutny ton spikera, tylko Maja jak zwykle – prześliczna. Czegoś nam było potrzeba, by znieść monolog pana z ekranu i załagodzić trudy dnia. Wybór padł na wspomnienia z Veneto, kupione za bardzo godziwą kwotę w enotece w podwerońskiej Paronie. I wiecie co? Znów smakowało lepiej niż tam, mimo wielu braków tła. Hmm… A może to jednak towarzystwo jest uniwersalnym kluczem do sukcesu? Skoro tak – nie pijcie wina z tymi, których po prostu nie lubicie! I przy okazji – mamy zagadkę rozwiązaną!

A wino? Jak ripasso – to ripasso! Corvina i Rondinella rządzą. Kolor średnio intensywny, aromat nieco skryty, za to wyraźnie słodki owocami wiśni. W ustach średniej budowy, drobne, słodkie taniny, całkiem intensywna doza czarnych wiśni, czereśni, migdałów i przypraw z cukierni. Lekko zaczepna goryczka i orzeźwienie na koniec. Na stole na pewno polubi wędliny nasze i wasze, drobne przekąski z mięsa, wysmażoną jagnięcinę z tymiankiem i czosnkiem, no i mój ulubiony moment – gęsie udo z żurawiną, albo i nawet kaczęcie. Mało? Pasty z mięsnymi i grzybowymi sosami też się pogniewają. Podawajcie je w temperaturze 14-16 stopni, w kieliszkach do Sangiovese tudzież Chardonnay, po krótkiej półgodzinnej do godzinnej dekantacji do wąskiej karafki.

To jedna ze środkowych etykiet producenta, importowanego do Polski przez M&P Alkohole. Jednak tej konkretnej, za którą zapłaciłem ok 14€, w ofercie nie widzę. Nie szkodzi – reszta pewnie co najmniej równie zacna i warta paru złotych więcej.

A ja, tradycyjnie  – czyli z przyjemnością, wręczam mu punktów 88

 

 

02 lis

O dwóch takich winach, co ukradły…życie

Bez wyboru zostawiło mnie pierwsze świadome (prawie) zetknięcie z winem. Zderzenie z żelazną pięścią w aksamitnej rękawiczce. Ktoś pomyśli, że mowa o jednym z gron obdarzanych tym przydomkiem, lecz tym razem taki efekt dała kombinacja dwóch klasyków: Alzacji i Bordeaux. I to jakich!

Bodajże listopadowy, chłodny wieczór. Rok 1996. Restauracja Barbados przy ulicy Wierzbowej w Warszawie. Na dole elegancki klub z barmanami pierwszej ligi, na górze 8 stolików, Pan Krzysztof szefujący kuchni, krótkie, ciekawe menu i świetna jak na owe czasy karta win, w całości zaopatrywana przez owiane legendami La Passion du Vin. Rothschild, Bouchard, La Chablisienne, Mountadam, Sequoia Grove,  Quinta do Carmo, itd itd… Większość win dostępnych na kieliszki. Wtedy, wraz z Zanzibarem, miejsca okultystyczne dla rodzącej się „warszafki”.

Za oknem ciemno, temperatura zdecydowanie wnętrzowa, powoli zaczynają pojawiać się goście pierwszych rezerwacji. Jednym z nich – Francuz, stały bywalec, czekający na swoich gości. Może chciał zabić czas, a może zapewnić sobie i kompanii miły wieczór? Nie wiem. Pamiętam, jak poprosił o przyniesienie dwóch butelek wina, które po otwarciu sprawdził, zachęcając mnie do tego samego. Popatrzyliśmy, powąchaliśmy i spróbowaliśmy, a on równocześnie opowiadał, co w kieliszkach piszczy. Dziś jest moim anonimowym bohaterem i przyczyną, dzięki której ten blog w ogóle mógł powstać. Tak – owszem, pracowałem wcześniej w restauracjach, choćby U Dekerta na warszawskiej starówce, jednak tam wino było tłem dla piwa, koniaku i starki. To Barbados i późniejsza Balgera skierowały mnie w winną stronę.

Jakie to były wina? Pisałem już o tym razy kilka, lecz teraz, spróbuję wrócić do nich opisując je tak, jakimi je zapamiętałem i jakimi widzę je dziś, po 18-tu latach. Tak tak! Od tego miesiąca jestem pełnoletnim winoholikiem! :-)

1995 Pierre Sparr Selection Gewurztraminer Alsace AOC 

Pierre Sparr Gewurztraminer

– kiedyś pewnie pomyślałem że jest ciekawe, urocze, przystępne, nie straszy, nie wymaga. Dziś napiszę, że świetnie oddaje ducha odmiany winorośli, z której powstało: jest intensywnie aromatyczne nutami róży, liczi, moreli i odrobiny anyżku, w smaku jest krągłe, solidne, delikatnie słodkawe, potwierdza aromaty, dodając nieco cytrusowej, cytrynowej świeżości. Wciąż pozostaje winem łatwo zyskującym sympatię, lecz nie banalnym i prostolinijnym, jak czasami da się niesłusznie słyszeć o przedstawicielach tego szczepu. Na pewno świetnie sprawi się w towarzystwie osób bojących się win wytrawnych. Klasycznie można je rekomendować do średniej wagi potraw kuchni orientalnych, jednak raczej tych aromatycznych, niż pikantnych, a także lżejszych serów z niebieską pleśnią. Pijcie schłodzone do 8 stopni, w niezbyt szerokich kieliszkach.

Ten rocznik, dziś już raczej nie do znalezienia i na pewno nie do wypicia,  otrzymał u transatlantyckich krytyków 85pkt., a ja, za ostatnio próbowany rocznik daje mu tyle samo

Kupicie go w wybranych sklepach winiarskich i winiarniach, np. w Winnych Bielanach. Niestety, nie znam dokładnej ceny na dziś, a ostatnie spotkanie przeżyliśmy w czasie pięknej kolacji na francuskiej ziemi. Stawiam na przedział 60 – 70 złotówek

1990 Chateau Lafite Rothschild 1-ere Grand Cru Classe Pauillac AOC  

Chateau Lafite Rothschild 1990

– 18 lat temu wydawało mi się zawiłe, nieco trudne w do zrozumienia, ale na pewno eleganckie, wielowarstwowe, nietuzinkowe. Dziś, kiedy niedawno miałem okazję do niego wrócić i wybrać się w sentymentalną, w pierwszym odczucie znalazłem je…niemal identycznie. Tylko dziś ma lat 24, pięknie się rozwinęło, dojrzało, pozostając bytem nieoczywistym przede wszystkim z tego powodu. Kolor zaskakująco żywy, intensywny, choć delikatne płowe błyski są łatwo zauważalne na krawędziach. Pachnie w tak wielu kierunkach, że ciężko skupić uwagę na tym jednym , jedynym wiodącym, bo po prostu taki się nie wybija na pierwszy plan. Jedno słowo, którym da się opowiedzieć o całości wrażeń – to spokój. Harmonia aromatów konfitury z wiśni, czarno porzeczkowej nalewki, wędzonej śliwki, goździków, cedru, kawy, tytoniu, runa leśnego i mentolu. W ustach welon z gładkich, drobnych, charakternych tanin, podpartych subtelnym kwasowym kręgosłupem, przyjemny, orzeźwiający finisz z jagodami w pierwszej ławce. Z pewnością można by jeszcze chwilę poczekać i spisać kolejne, jednak tym razem tego luksusu nie mieliśmy, jako że następne rarytasy już czekały na swoją kolej w rękach sommelierów. Podawajcie go tak, jak należy – schłodzonego do 16 stopni, w średniej wielkości (400-500 ml.) kieliszkach do win Bordeaux. Dekantacja mile widziana, jednak dosłownie kilka dłuższych chwil przed podaniem, i raczej do wąskiej karafki, tzw. „wazonika”, niż do szerokiego dekantera. Do czego? Do siebie. Dla siebie. I tych, których lubicie, a którzy lubią Was i takie emocje. Ewentualnie do gęsiej i kaczej nogi, dobrego steak’a (tylko błagam – bez żadnego szpinaku i zieleniny w ogóle), no i oczywiście jagnięcego combra z miętą, lub tymiankiem i rozmarynem. Sery? Przekąski? Miejcie litość…

Ten rocznik wciąż jest w doskonalej formie. W naszej degustacji oceniłem go na 95pkt. +, a nasi transatlantyccy bracia obdarzyli go jednym oczkiem więcej.

Wciąż też jest dostępny u importerów specjalizujących się w topowych Bordeaux. Śmiało zatem pytajcie na Winkolekcji i Centrum Wina. Cena? Hmm W 1996 roku w Barbadosie kosztowała 590 złotych. Dziś raczej dodajcie zero na końcu.