26 lis

Złoty dzwoneczek i mroźna iluminacja

Dzwoń dzwoneczku

Kilka dni temu odebrałem kolejną porcję smakowitości od Tomka Kalenika z trójmiejskiego importera Winers. Kiedyś, na fejsbuniu, opisałem w kilku słowach każdą z tamtych butelek, reprezentujących startowe portfolio firmy. A że ciężko pracują nad rozwojem oferty, wiem z naszej dość regularnej korespondencji. Ostatnimi czasy jednakże czuć było wyraźnie, że chwycili w swoje ręce coś, nad czym nie potrafi przejść bez słusznej dozy emocji. Zaglądam zatem do kartonu, a tam… 6 butelek, spośród 2 już trafiły do mojego kieliszka. I tak jak Tomek, nie potrafię przejść nad nimi obojętnie. Oj nie!

Dzwoń dzwoneczku

Dzwoń dzwoneczku

Na początek – nowy projekt legendarnego Chateau Angelus, Premier Grand Cru Classe „A” z Saint Emilion. Tu mamy do czynienia z autorskim projektem, wykraczającym poza ramy lokalnej apelacji, a samo wino świetnie się w ten pomysł wpisuje. Ciepły rocznik 2010 szafuje zazwyczaj bogatym owocem. Tym razem mamy wręcz do czynienia z konfiturową wiśnią, czarną porzeczką, wędzonymi śliwkami, pieprzem, goździkami, gorzką czekoladą itd itp. Ktoś powie – nowomodne, modernistyczne, międzynarodowe, łatwe. I pewnie miałby sporo racji, lecz nie całą. Pod spodem czuć klasyczność wina, słodycz nut jest świetnie wyrównana przyjemną kwasowością, ciało jest gibkie, świetnie wyrzeźbione, a taniny drobne, miękkie, acz wyraźne i zadziorne. Znakomita propozycja nie tylko dla restauracji (wierzcie – cena hurtowa mile zaskakuje), a także na prywatne potrzeby. Zdecydowanie już otwarte i chętne na spotkanie z kieliszkiem, a co jeszcze lepsze – z odbiorcą. Także bez żadnego wspomagania się łączeniem z potrawami, by pokazać pełną krasę. Spełni się doskonale jako tło męskiej rozmowy i pogaduch z przyjaciółką/ami. Bierzcie i pijcie!

Lodowa iluminacja

Lodowa iluminacja

Jeżeli natomiast uważacie, że już zaszalałem z achami i ochami, to się teraz naprawdę solidnie nimi z Wami podzielę. Ci, którzy uważają, że „znawcy” wypada pijać tylko wytrawności, a do słodyczy się nie przyznawać, w moim przypadku nie znajdą potwierdzenia tej teorii. Uwielbiam wręcz nieprzyzwoicie i równie, a może nawet jeszcze bardzie, wyjątkowej krasy wina słodkie. Od Tokaju, po Sauternes. Od Porto, po Malagę. Nigdy jednak nie ukrywałem, że niemieckie i austriackie winnice w tej materii są dla mnie alfą i omegą. A w przesyłce znalazłem trzy wina od Hansa Tschidy, rok po roku uznawanego za najlepszego słodkiego winiarza świata. Wiadomo, że takie hasło odruchowo budzi ciekawość, lecz i dozę sceptycyzmu… I wiecie co? I się….. bardzo niepotrzebnie tym drugim zajmowałem. Na „pierwszy ogień” poszedł Angerhof Eiswein Gruner Veltliner 2012. I powiem tak: z zachwytu najpierw oniemiałem, następnie zapiałem, a na koniec doznałem iluminacji… To najlepsze wino lodowe, jakie w tym roku miałem okazję próbować. I jedno z najlepszych, jakie próbowałem ever! Nie tylko tych ze zmrożonych winogron, lecz w ogóle! Prawdziwie gęste, lepkie, oszałamiające bogactwem i ilością wszelkich aromatów należnych, bezpardonowo pyszne, a przy tym rysujące w głowie nieprawdopodobne myśli na temat jego przyszłości. Niechybnie w jeszcze ciekawszej, inspirującej i zmysłowej formie  przez najbliższe dekady. Tak. DEKADY! Szukacie hedonizmu już? Bardzo proszę! Szukacie przeżyć za iks lat? Proszę bardzo! Szukacie wzoru Eiswein’a? Proszszsz! Sam zaś, na pewno poproszę Tomka o odłożenie kilku flaszek. A co!

09 gru

Mazowsze vs Veneto vs Kamptal

Steingarten

Jak to w końcu jest? Czy „toskański syndrom” straci kiedyś swoją moc? A jeżeli tak – to kiedy? A może: dlaczego? I co to w ogóle jest ten „ts”? Otóż jest to łatwo zauważalne zjawisko, przez które wielu porwało się z motyką na słońce, czyli – import wina. Toskania jest tylko przykładem, hasłem, emblematem. Równie dobrze może nim być Chorwacja, Grecja, Douro itp itd… Czyli – miejsca, do których jeździmy wypocząć, spędzić dobrze wolny czas, najczęściej z tymi, których lubimy, w okolicznościach, które nas porywają. Próbujemy lokalnych produktów, chłoniemy pejzaże, folklor, poznajemy ciekawych ludzi, popijamy tamtejsze wina. I wtedy nie raz nachodzi olśnienie: „2€ za takie wino?! Przecież to będzie bestseller!” A w kraju wino nie smakuje tak samo, krajobraz jest inny, nastrój też… Tym bardziej, że nie do końca wiemy, co z tym zaimportowanym już winem zrobić, by choć odzyskać włożony kapitał… Dzięki temu zjawisku dopracowaliśmy się wielu importerów, ale tylko…w statystykach… Czy jest szansa na jakieś lekarstwo, by uchronić się przed takim losem?

I weź się oprzyj urokom Prioratu.. ;-)

I weź się oprzyj urokom Prioratu.. ;-)

Na pewno!. Po pierwsze – brak kapitału na głupoty. Po drugie – brak czasu na głupoty. Po trzecie – brak chęci na głupoty… Tylko jak się do tego ostatniego dorwać, nim będzie za późno? Bardzo prosto – trzeba tylko pamiętać, że „co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas” 😉 A w prozie życia najmocniej smakuje… proza życia. Mącąc wszystkie inne smaki… Staram się o tym pamiętać, choć licho wciąż kusi. Jednak takie przypadki jak te, o których za chwilę, trzymają mnie przy nadziei, że ten kłopot jest już za mną. Z tegorocznych podróży co-nieco trafiło z bagażnika do domu, czekając na swoją kolej. I wiecie co? Tu, na miejscu, smakowały tak samo dobrze, a właściwie – to może nawet lepiej?

2013 Brundlmayer Gruner Veltliner Kamptal Landwein

Brundlmayer Gruner Veltliner

Ostatniego dnia tygodniowego pobytu w Thermenregion, miałem okazje wziąć udział we wspaniałej kolacji z grupą austriackich winiarzy wybranych spośród najlepszych w kraju. Aj aj – to był raj! Mówię Wam! Następnego wieczora bylem już w Wawie. Umęczony podróżą przez częstochowskie korki, zajrzałem do lodówki i znalazłem tam napoczętą przez Maję i jej przyjaciółkę butelczynę naszego bohatera. I wiecie co? Smakowało jak nigdy przedtem, choć znam je na wylot z wielu, nie tylko wyjazdowych okazji.

Powściągliwe w zapachu, ale za to całkiem silne i charakterne w smaku, orzeźwiające, krągłe, lekuchno zadziorne. Dało zastrzyk nowej energii, ale też i zwykłej przyjemności nęcąc świeżą gruszeczką, jabłkami i cytryną. Nie jest to skomplikowane wino, za to niebywale porządnie wykonane, typowe dla tego, co ma reprezentować i szalenie użyteczne na stole.  Kupicie je w Winezji i Centrum Wina, za złociszy 69, ale za cały 1 litr!

Podawajcie je w kieliszkach do Rieslinga, w temperaturze 8-10 stopni, bez zbędnych ceregieli. Do czego? Do czego nie?! I lżejsze rybne strawy – marynaty, carpaccio, ale tez i nawet do smażonego na patelni karpia, okonia i okolicznej braci, do salat, do prostych potraw z owoców morza, pizzy z łososiem, past w sosach z białego wina, pierogów ruskich i z kapustą, no i oczywiście do białych mięs, wśród których sznycel i schabowy są oczywistą oczywistością….

Ja tymczasem daję mu punktów 84, które nie w pełni odzwierciedlają moje do niego emocje.

2010 Speri Valpolicella Classico Superiore Ripasso DOC –

Speri Valpolicella Ripasso

Ta flaszeczka przyjechała z październikowej podróży za rocznikiem do Piemontu i z powrotem. Próbowana tam, doskonale spełniła swoją rolę tła kolacji, w resto w porcie w Bardolino. Garda szumiała, kelnerzy śpiewali menu włoską mową, Maja wyglądała jak zwykle prześlicznie.

Przyszły pierwsze mrozy, Warszawa. Brak Gardy, zimno na dworze, w telewizji smutny ton spikera, tylko Maja jak zwykle – prześliczna. Czegoś nam było potrzeba, by znieść monolog pana z ekranu i załagodzić trudy dnia. Wybór padł na wspomnienia z Veneto, kupione za bardzo godziwą kwotę w enotece w podwerońskiej Paronie. I wiecie co? Znów smakowało lepiej niż tam, mimo wielu braków tła. Hmm… A może to jednak towarzystwo jest uniwersalnym kluczem do sukcesu? Skoro tak – nie pijcie wina z tymi, których po prostu nie lubicie! I przy okazji – mamy zagadkę rozwiązaną!

A wino? Jak ripasso – to ripasso! Corvina i Rondinella rządzą. Kolor średnio intensywny, aromat nieco skryty, za to wyraźnie słodki owocami wiśni. W ustach średniej budowy, drobne, słodkie taniny, całkiem intensywna doza czarnych wiśni, czereśni, migdałów i przypraw z cukierni. Lekko zaczepna goryczka i orzeźwienie na koniec. Na stole na pewno polubi wędliny nasze i wasze, drobne przekąski z mięsa, wysmażoną jagnięcinę z tymiankiem i czosnkiem, no i mój ulubiony moment – gęsie udo z żurawiną, albo i nawet kaczęcie. Mało? Pasty z mięsnymi i grzybowymi sosami też się pogniewają. Podawajcie je w temperaturze 14-16 stopni, w kieliszkach do Sangiovese tudzież Chardonnay, po krótkiej półgodzinnej do godzinnej dekantacji do wąskiej karafki.

To jedna ze środkowych etykiet producenta, importowanego do Polski przez M&P Alkohole. Jednak tej konkretnej, za którą zapłaciłem ok 14€, w ofercie nie widzę. Nie szkodzi – reszta pewnie co najmniej równie zacna i warta paru złotych więcej.

A ja, tradycyjnie  – czyli z przyjemnością, wręczam mu punktów 88