30 paź

Łakocie zdziwienia

Kieliszki na Próżnej

W życiu chyba każdego zaprawionego Sączy Pącze, najfajniejsze są te chwile, gdy w atmosferze beztroskiego podejścia do życia, jeden łyk czy niuch soku z gumijagód, wprawia go w stan zwany zaskoczeniem, uwieńczony chwilą zadumy, co najlepsze  – wręcz okraszonej refleksją…

W ostatnich dniach dwie z takich przyjemnych niespodzianek zafundowały mi wina, których choć byłem ciekawy, to jednakowoż podszedłem do nich skażony stereotypem szablonu oczywistości. No bo przecież Nowa Zelandia. No bo przecież wszystko jasne. Nawet, jeżeli regiony to nie Marlborough, to przecież nie raz przyszło się już nimi spotykać.

Greystone + Waipara = poproszę!

Greystone + Waipara = poproszę!

Pierwszą niespodziewankę zafundowała mi wizyta w „Kieliszkach na Próżnej„, gdzie swoje wina prezentował nowy nabytek Wines United – winnica Greystone, z położonego na północnej połowie Wyspy Południowej regionu Waipara. Pogawędka z Nikem Mavromatisem to jedna przyjemność, a drugą zafundowały flaszki. Podstawowe Sauvignon 2014 jest fajną kontrą do rozbuchanego stylu Marlborough – stonowane, solidne, w europejskim stylu. Jego większy brat z tego samego rocznika, jest piękną kombinacją rozłożystości i świeżości bukietu z treściwością i czystością palety. Pinot Gris 2013 wpisuje się nowozelandzki, bezpardonowy, krągły styl, za to ujmuje rozsądną materią. Mniejszy z braci Pinot Noir 2013 jest bezczelnie smaczny, beztroski, a siłą nuty owocowej zawstydziłby niejeden sorbet. Większy z rodzeństwa, Grey’s Peak 2013 do tej siły dodaje nie tylko oczywistą elegancję i złożoność, lecz nie waha się rozsądnie użyć powabu dobrze skrojonej szaty powabu.

Niejeden burgund z zazdrości spłowiałby do reszty

Niejeden burgund z zazdrości spłowiałby do reszty

Najlepsze jak zwykle na koniec. Tygodnia? Miesiąca? A może zebrania zarządu Stowarzyszenia Sommelierów Polskich? Nieważne! Grunt, że po zakończonych obradach, w „Wine Taste by Kamecki” ulokowanym w Cosmopolitan, znów pojawił się Piotr Wyszomirski z Wines United, i znów zafundował gratkę na gratki nie lada – Ata Rangi Pinot Noir Martinborough 2011. Kto choć raz próbował ich win, wie doskonale, że to osobna historia. Ata Rangi to… Ata Rangi to… Ata Rangi to Ata Rangi. I tyle… Pamiętający Somm&Chef Dinner W’15, o której pisałem w poprzednim wpisie, mieli doskonałą okazje się o tym przekonać przy daniu nr 3. Dobrze. Nieważne. Ważne dziś jest tylko to jedno wino. Próbowałem niepowtarzalnego, równie pięknego, choć różniącego się Felton Road. Próbowałem wielu wspaniałych Pinot Noir z Nowej Zelandii. Wierzcie mi, lub nie – to wino, gdy wędrowałem z kieliszkiem w stronę stołu, dosłownie zatrzymało mnie w pół kroku. Szlachetne, chirurgicznie precyzyjne, klasowe, bardziej burgundzkie od wielu oryginałów, aromatycznie schludne, skrojone na miarę wirtuozów stylu, z satynowym ciałem i chrupką, drobniuteńką taniną. Ojejujeju! Niezapominalne… Kosztuje 199 złociszy, co jest ceną jak z wyprzedaży, wobec emocji gwarantowanych dla każdego pinomaniaka.

04 lut

Wina do kaktusa z grilla

Tak powinno powstawać menu i karta win ;-)

Były takie czasy, kiedy warszawska gastronomia w wersji poważnej nie oferowała byt wielu luksusów. Na palcach dwóch rąk i jednej nogi, można było policzyć knajpy, do których się chadzało od święta, tudzież na ważne spotkania. Część z nich przetrwała gwałtowną zmianę rzeczywistości, gdy jak grzyby po deszczu, ba!, jak trądzik u kwitnącego siedemnastolatka, na mapie stolicy zaroiło się od nazw lokali, do których wciąż nie nadążamy pójść, by móc być całkiem na czasie. Przedstawicielem przetrwałej „starej wiary”, bez cienia wątpliwości jest mokotowski „Blue Cactus”. Do „kaktusa” kiedyś chadzałem dość często, zwłaszcza na szybkie lunche ze Sławkiem, lecz kiedy i jego zabrakło w okolicy, na skrzyżowaniu Belwederskiej i Spacerowej pojawiałem się „od dzwonu”.

Przyszła chyba jednak pora, by ten stan rzeczy zmienić. restauracja zainwestowała w piekielnie gorący (1100C!) grill, a w kuchni rządzą ludzie z fachem i polotem. Kiedy więc nadarzyła się okazja, by zasiąść w Winnymi Blogami przy stole i spróbować menu spod ręki Marcina Kaźmierskiego, dwa razy namawiać się nie dałem…Tak powinno powstawać menu i karta win ;-)

Tak powinny powstawać menu i karta win

Każdy z nas przynosił dowolne flaszki do wybranego uprzednio dania z szefowego menu, a już na miejscu dorzuciliśmy do nich dwa „jokery” z restauracyjnej karty, i ruszyliśmy buszować w zbożu…

Artyleria

Artyleria

Na pierwszy ogień poszły warzywa z grilla – cukinia, bakłażan, cebula, papryka, pomidor. Jednym słowem: klasyka. Wśród nich nieśmiało wiło się jalapeno, i to ono stało się sprawca zamieszania. Naprzeciw jarzynom wystawiliśmy reprezentację grecko-hiszpańską w składzie: Troupis Fteri Moschofilero Mantinea 2013, Domaine Bairaktaris Monolithos Nemea 2014 (obydwa Euro-Foods), oraz Verdejo Pasos de la Capula 2012. Z jakim wynikiem? Otóż przewrotnym… Bez jalapeno, Moschofilero ginęło w tłumie, traciło charakter, Chardonnay-Sauvignon z Nemei grało zgrabnie, a Verdejo zaskoczyło ciężką rękawicą, przyciskając smaki do języka zbyt intensywnie. Lecz gdy z ławki rezerwowych podniosła się  ostra papryczka, to delikatna biel z Mantinei dawała najwięcej ukojenia, nadal jednak tracąc siłę smaku. Monolithos i Verdejo od razu wręczały do ręki telefon z wybranym numerem 998. Sami wiecie, gdzie dzwoniło po drugiej stronie, i jak szybko pragnąłem ich zobaczyć…

Jalapeno rulez!

Jalapeno rulez!

Do łososia mięty nie mam, nie ukrywam. Trochę taki wypełniacz menu, kiedy nie wiadomo, co wymyślić. Kiedy jednak już coś dla niego wymyśli, to kapelusz może sam się zsunąć z czaszki… I dobrze, że chodzę z odkrytą głową, bo tym razem niewątpliwie wpadłby mi do talerza… Wersja z pomarańczowym sosem BBQ i limonką zostaje jedną z moich ulubionych ever.  Lekka gorycz i słoność mięsa z grilla, słodycz sosu, kwaśność limonki – wszystko grało razem i osobno. Do pary wyznaczyliśmy Kühlig-Gillot Riesling Trocken 2013 (Jung&Lecker 59 zł) oraz Carinea Torrontones 2012 (Estancia del vino 49 zł). Torrontes, kiedy jeszcze limonki nie użyłem, jakoś sobie radził, ale całość przytłaczała lekko sflaczałą intensywnością, Riesling od początku hasał żwawo, nie tracą nic z wigoru i przyjemnego lica. Moment pojawienia się kwasowości zielonego cytrusa był dla Argentyńczyka i języka dosłownie ciężkim wyrokiem, a Niemiec jeszcze bardziej się rozbestwił, gubiąc swą delikatną słodycz, za to wciąż przyjemnie świdrując owocowym orzeźwieniem. Piątka murowana!

Łosoś 4 smaki. Ale jaki!

Łosoś 4 smaki. Ale jaki!

Kurczak jaki jest – każdy widzi… Co nie znaczy, że spod ręki wprawnego makijażysty, nie będzie mógł udawać bażanta. A śliwkowa perfuma sosu, odrobina pudru goryczy z wędzenia i opalania w piekielnych czeluściach, dzięki któremu cała soczystość schowała się w środku mięsa, wydobyły z pospoliciaka salonowego bywalca. Kazaliśmy mu zatańczyć z Simonsig Gewürztraminer Late Harvest 2013 (Vininova 47,90 zł). i  Steinmühle Spatburgunder 2012 (Jung&Lecker 49 zł). Samo mięso lubiło piruety z jednym i drugim, lecz czerwień nieco przydeptywała mu sukienkę, zostawiając przykurzone ślady, a biel kazała dać się prowadzić. Kiedy jednak zagrano śliwkowy, aksamitny blues, aromatyczny afrykaner wtulił się słodko, zdjął ordynarną woalkę, okazując się nie tylko doskonałą parą, lecz i najładniejszą panną w okolicy. A Pinot? Jego taniczną grubiańskość i nieporadność w tańcu obnażono melodią bezlitośnie, a szorstki dwudniowy zarost, miast skryć wstydliwe rumieńce, tylko jeszcze spotęgował niemiłe wrażenie o jegomościu.

Takie ciuciaki lubimy

Takie ciuciaki lubimy

Dobranie wina do grillowanej wołowiny wydaje się być zajęciem równie pasjonującym i złożonym jak to, jakie płatki na śniadanie dodać do mleka… Tia.. Jasne… Sami wiecie, że owsiane lubią się pogotować, kukurydzianym wsio rawno, a te w miodzie lub czekoladzie chcą się tarzać w cieple. Tak samo mięso – zależnie jak je wysmażymy, inne wino sprawi się na cacy. Nam zaserwowano takie jak na zdjęciu, a clou programu okazał się być znowu sos obok. Why? O tym za chwilę… W murze chroniącym torreadora przed szalonym bykiem ustawiliśmy: Barolo il Burbero Riserva 2005 (Vinotrio 125 zł), Zinfandel Woodhaven 2012 z karty win gospodarzy (dostępny w Winezja.pl i Centrum Wina), Rasore Berbera d’Alba 2013Ardeche 2012 (Winnice.eu 12,50 zł) oraz Goriska Brda Krasno Rdece Vrhunsko Vino ZGP 2010. Barolo i Krasno chwyciły byka za rogi, Zinfandel zwiódł go słodkim gadaniem, a Barbera i Ardeche przyjmowały kopniaki i liczyły siniaki, nie opuszczając jednak szeregu. Wszystko zmieniło się po posmarowaniu zwierzaka sosem chimichurri z dodatkiem mięty, jalapeno i kolendry. W takiej konfiguracji wszyscy obrońcy padali jak muchy! Paradoksalnie – dwóch najbardziej poobijanych wcześniej, zachowało najwięcej godności, choć i Krasno nadal było krasno, jednakże żadne z win nie udźwignęło… papryczki i KOLENDRY! To złośliwie pieroństwo zniszczy każde czerwone i większość konkretnych białych win, a papryczka wraz z alkoholem,  podkręcała sprawę paląc żywym ogniem. Szefowie! Kucharze! Pichciciele! Nie używajcie do steków dodatków, które z natury odbierają sommelierom, kelnerom, gościom, Wam, możliwości wypicia jakiegokolwiek wina do wspaniałości, które im serwujecie. Szpinaku też…

Sos-morderca

Sos-morderca

Kolację zakończyliśmy brownie, które było brownie. Zakalcem jak trzeba. W porównaniu z pumeksem serwowanym w wielu knajpach, takie cacuszka wspomina się długo, a wcześniejszy posiłek i rozmowa z szefem o życiu i o śmierci, pozostają niezmącone w pamięci…

Żeby wszędzie takie było...

Żeby wszędzie takie było…

A do Niebieskiego Kaktusa wrócę jeszcze nie raz, i bez czekania na dźwięki z dzwonnicy!

Relacje pozostałych biesiadników znajdziecie na:

winiacz.com

powinowaci.pl

mariuszboguszewski.blogspot.com

dotrzechdych.pl

naszswiatwin.pl

wine-trip-into-your-soul.blogspot.com

12 gru

Boczek karmelizowany w glazurze a’la Grzegorz Łapanowski

Oto pierwsza z obiecanych potraw spod ręki najlepszych Szefów w kraju. Wkrótce będą pojawiać się kolejne.

Musiałem sprawić sobie przyjemność  rozpoczęcia cyklu w towarzystwie Grzegorza Łapanowskiego. Można by przedstawiać go długo, jednak wszyscy wiemy na pewno, kto zacz. Bardzo ciekawie i celnie napisał o Nim w swojej książce Piąty smak Łukasz Modelski, w której oprócz rozmowy z Grzegorzem, znajdziecie dwanaście innych, m.in. z restauratorką Agnieszką Kręglicką, twórcą „Slow Food” Carlo Pietrini‚m, prawnukiem najsłynniejszego francuskiego kucharza XX wieku – Michel’em Escoffier, a także… ze mną. To zaszczyt przebywać w takim towarzystwie, za co Łukaszowi jeszcze raz serdecznie dziękuję!

Zatem – do dzieła! Zgodnie z myślą przewodnią: Szef proponuje swoje danie, a ja dorzucam skromnie parę winnych groszy. Do każdej potrawy zaproponuję co najmniej dwa wina, dla poszukujących swoich smaków. A że za oknem zimno i co raz bardziej biało, zaczniemy od czegoś konkretnego w smaku i wykonaniu… 😉

Boczek karmelizowany w glazurze

Długo duszony boczek to świetna propozycja na zimowe wieczory. Glazura z sosu sojowego oraz czosnku i miodu swoją słodyczą przełamuje tłusty i delikatny zarazem boczek. Dzięki azjatyckim akcentom, staje się ono lżejsze, a doznania smakowe są jeszcze bardziej intensywne.

Mmm...

Mmm…

Dla tych, którzy chcą pozwolić boczkowi pokazać się wyraźnie, przy okazji nie zmieniając charakteru smaku w połączeniu, a przy okazji utrzymywać łaknienie, zdecydowanie polecam takie oto wino, wraz ze wszystkim jego kuzynami z całego świata.

2012 Familia Zuccardi Q Chardonnay Tupungato, Mendoza, Argentyna –

Też mmm....

Też mmm….

Złociste, oleiste, kremowe, zasobne w nuty maślane, miodowe, korzenne i kwiatowe, nęcące bardzo świeżymi, acz bogatymi aromatami dojrzałego ananasa, mango, pieczonych jabłek, a przy tym świetnie zrównoważone i nieprzesadnie alkoholowe.

Kupicie je w sklepach Partner Center i ich sklepie internetowym Wina.net.pl, za złotówek 97. Podawajcie je w szerokich kieliszkach, takich jak „Montrachet” Riedel, lub podobnych, w temperaturze 12-14 stopni, możecie także pokusić się o krótka, półgodzinną dekantację do wąskiej karafki włożonej do wiaderka w wodą i lodem.

Punktów należy mu się bardzo dużo, bo aż 91, za to bezapelacyjnie zasłużonych.

 

Tym, którzy chcieliby wzbogacić i urozmaicić wynik pary, nie niszcząc przy tym kulinarnego dzieła, polecam wino z innej „parafii”, bo w czerwonym kolorze i ze starej, szacownej Europy.

2011 Pannonhalmi Apatsagi Pinot Noir, Pannonhalma, Wegry – 

Pięknie dojrzewa!

Pięknie dojrzewa!

Z tym winem, w tym roczniku, po raz pierwszy zetknąłem się w czasie wizyty u producenta. Wtedy, próbowane niemal bezpośrednio po zabutelkowaniu, wydawało mi się trudne, przeładowane i bardzo bezpośrednie. Kolejne podejście, w czasie niedawnej degustacji „w ciemno” w nałęczowskiej restauracjiCisowianki„, błysnęło nową kreacją. Pięknie połyskujące intensywna suknia, zintegrowane, z aromatami beczkowymi włożonymi już w tło, słodkimi aromatami czerwonych, słodkich owoców, w ustach trysnęło soczystością wiśni, malin, śliwek, zaczepiało pieprznością i korzennością, chłodziło lukrecją, ciesząc aksamitem tanin i orzeźwiającą energią.

Kupicie je w zamojskim Interwinie i pewnie w kilku sklepach internetowych, za podejrzewam dość atrakcyjną, zwłaszcza jak na wino tej klasy i odmiany winorośli, cenę ok. 140 złociszy. Podawajcie je w pękatych kieliszkach do burgundów, w temperaturze 16 do 18 stopni, poprzedzając zabawę godzinną do dwóch dekantacją w szerokim dekanterze.

A teraz czas na wyrok, którym w tym przypadku będzie punktów 88