30 gru

Co wypić w Sylwestra?

Jak zwykle stoimy przed dylematem, jakim winem musującym pożegnać stary i przywitać nowy rok. Z pewnością w niejednej lodówce czai się parę różnych flaszek, jednak większość z nas na ten jeden dzień i tak kupi to jedno jedyne, lub jedno z niewielu w ciągu roku. A i kolekcjonerzy stoją przed dylematem, który wybór będzie tym naj naj.

Byłoby  bardzo miło witać wszystko...

Byłoby bardzo miło witać wszystko…

Odpowiedź jest tylko jedna, niezależnie od tego co lubimy i na co nas stać: najlepsze z tych w zasięgu możliwości naszego języka i portfela! Jak tu wierzyć, że nowy rok będzie lepszy, skoro przywitamy go na „pół gwizdka”, tudzież „byle byle”. Nie – nie namawiam na katowanie się kwasem, jeżeli lubimy słodycz. I odwrotnie – jeżeli cukiereczki nie są naszym wzorcem szczęścia, sięgajmy po brzytwy. Decydujcie emocjami. Sięgajmy po to , na co przez cały rok tylko zerkaliśmy.

A co wybrać? To zależy, gdzie mieszkacie. Dla mieszkańców miejscowości z niewielkim wyborem ofert importerskich, proponuję zajrzeć do jednej z sieci. One na ta okazje przygotowały nam kilka standardów i niespodzianek cenowych, dzięki którym całoroczne westchnięcia łatwiej będzie urzeczywistnić. Jeżeli mieszkacie w Warszawie, macie szczęście przebierać jak w ulęgałkach… Poniżej kilka propozycji, po które sam bym sięgnął, gdybym już nie wybrał 😉

Sklepy ogólnodostępne:

budżetowo -półsłodkie: Montanha Reserva Meio Seco z Biedronki za 17.99, a wytrawne:  najbardziej chyba niedoceniane przez cały rok – Jacob’s Creek Chardonnay-Pinot Noir Cuvee Brut, dostępne w hiper/super marketach oraz sklepach z alkoholami za około trzy dychy.

szalejemy- Hipermarkety przygotowały różne promocje Veuve Clicquot i Moet&Chandon, zaczynając od około 129 złotych, kończąc gdzieś przy 159. Inny wybór klasyka – Mumm Cordon Rouge: w Biedronce za 119 złotych w wersji Brut, a w Lidlu za 149 wersja Demi-Sec. Wybór:  wytrawny Mumm i Veuve Clicquot, zależy kto woli owoc, a kto kwiat.

Tym, którzy mieszkają w stolicy, polecam ich uwadze takie oto adresy i nazwy:

Mielżyński Wines, ul. Burakowska- Prosecco Rustico od Nino Franco za 59 PLN, znakomity Cremant d’Alsace od Bott Geyl za złotych 74, a dla fanatyków pierwowzoru, tylko i wyłącznie szampan od Deutz za 169. Jest wyśmienity! Szaleńcom polecam Amour de Deutz. Cena? Jak pytacie – to nie kupicie 😉

Wine Corner, ul. Biały Kamień – Prosecco od Malibran: moja ulubiona wytrawna Sottoriva za 54 złotówki, a dla zwolenników łagodniejszych spraw: Gorio za pięć złotych więcej

Złoto Hiszpanii, pl. Wilsona i ul Francuska – Cava Brut Reserva od Giro Ribot za 39, a najbardziej – różową Raventos y Blanc DeNit Cava za 74 złote.

Centrum Wina, sklepy w wybranych galeriach handlowych – sprawdzony przez lata Gancia z serią Cuvee Platinum: półsłodkie Asti za 52 i półwytrawne Prosecco  di Valdobbiadene za 69 złociszy.

Tymczasem wkładam moją flaszkę do  lodówki i jeszcze raz dziękuję Piotrowi & Sce za tak wspaniały prezent! Prosit!

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)

Dobrze mieć takich przyjaciół :-)

 

02 lis

O dwóch takich winach, co ukradły…życie

Bez wyboru zostawiło mnie pierwsze świadome (prawie) zetknięcie z winem. Zderzenie z żelazną pięścią w aksamitnej rękawiczce. Ktoś pomyśli, że mowa o jednym z gron obdarzanych tym przydomkiem, lecz tym razem taki efekt dała kombinacja dwóch klasyków: Alzacji i Bordeaux. I to jakich!

Bodajże listopadowy, chłodny wieczór. Rok 1996. Restauracja Barbados przy ulicy Wierzbowej w Warszawie. Na dole elegancki klub z barmanami pierwszej ligi, na górze 8 stolików, Pan Krzysztof szefujący kuchni, krótkie, ciekawe menu i świetna jak na owe czasy karta win, w całości zaopatrywana przez owiane legendami La Passion du Vin. Rothschild, Bouchard, La Chablisienne, Mountadam, Sequoia Grove,  Quinta do Carmo, itd itd… Większość win dostępnych na kieliszki. Wtedy, wraz z Zanzibarem, miejsca okultystyczne dla rodzącej się „warszafki”.

Za oknem ciemno, temperatura zdecydowanie wnętrzowa, powoli zaczynają pojawiać się goście pierwszych rezerwacji. Jednym z nich – Francuz, stały bywalec, czekający na swoich gości. Może chciał zabić czas, a może zapewnić sobie i kompanii miły wieczór? Nie wiem. Pamiętam, jak poprosił o przyniesienie dwóch butelek wina, które po otwarciu sprawdził, zachęcając mnie do tego samego. Popatrzyliśmy, powąchaliśmy i spróbowaliśmy, a on równocześnie opowiadał, co w kieliszkach piszczy. Dziś jest moim anonimowym bohaterem i przyczyną, dzięki której ten blog w ogóle mógł powstać. Tak – owszem, pracowałem wcześniej w restauracjach, choćby U Dekerta na warszawskiej starówce, jednak tam wino było tłem dla piwa, koniaku i starki. To Barbados i późniejsza Balgera skierowały mnie w winną stronę.

Jakie to były wina? Pisałem już o tym razy kilka, lecz teraz, spróbuję wrócić do nich opisując je tak, jakimi je zapamiętałem i jakimi widzę je dziś, po 18-tu latach. Tak tak! Od tego miesiąca jestem pełnoletnim winoholikiem! :-)

1995 Pierre Sparr Selection Gewurztraminer Alsace AOC 

Pierre Sparr Gewurztraminer

– kiedyś pewnie pomyślałem że jest ciekawe, urocze, przystępne, nie straszy, nie wymaga. Dziś napiszę, że świetnie oddaje ducha odmiany winorośli, z której powstało: jest intensywnie aromatyczne nutami róży, liczi, moreli i odrobiny anyżku, w smaku jest krągłe, solidne, delikatnie słodkawe, potwierdza aromaty, dodając nieco cytrusowej, cytrynowej świeżości. Wciąż pozostaje winem łatwo zyskującym sympatię, lecz nie banalnym i prostolinijnym, jak czasami da się niesłusznie słyszeć o przedstawicielach tego szczepu. Na pewno świetnie sprawi się w towarzystwie osób bojących się win wytrawnych. Klasycznie można je rekomendować do średniej wagi potraw kuchni orientalnych, jednak raczej tych aromatycznych, niż pikantnych, a także lżejszych serów z niebieską pleśnią. Pijcie schłodzone do 8 stopni, w niezbyt szerokich kieliszkach.

Ten rocznik, dziś już raczej nie do znalezienia i na pewno nie do wypicia,  otrzymał u transatlantyckich krytyków 85pkt., a ja, za ostatnio próbowany rocznik daje mu tyle samo

Kupicie go w wybranych sklepach winiarskich i winiarniach, np. w Winnych Bielanach. Niestety, nie znam dokładnej ceny na dziś, a ostatnie spotkanie przeżyliśmy w czasie pięknej kolacji na francuskiej ziemi. Stawiam na przedział 60 – 70 złotówek

1990 Chateau Lafite Rothschild 1-ere Grand Cru Classe Pauillac AOC  

Chateau Lafite Rothschild 1990

– 18 lat temu wydawało mi się zawiłe, nieco trudne w do zrozumienia, ale na pewno eleganckie, wielowarstwowe, nietuzinkowe. Dziś, kiedy niedawno miałem okazję do niego wrócić i wybrać się w sentymentalną, w pierwszym odczucie znalazłem je…niemal identycznie. Tylko dziś ma lat 24, pięknie się rozwinęło, dojrzało, pozostając bytem nieoczywistym przede wszystkim z tego powodu. Kolor zaskakująco żywy, intensywny, choć delikatne płowe błyski są łatwo zauważalne na krawędziach. Pachnie w tak wielu kierunkach, że ciężko skupić uwagę na tym jednym , jedynym wiodącym, bo po prostu taki się nie wybija na pierwszy plan. Jedno słowo, którym da się opowiedzieć o całości wrażeń – to spokój. Harmonia aromatów konfitury z wiśni, czarno porzeczkowej nalewki, wędzonej śliwki, goździków, cedru, kawy, tytoniu, runa leśnego i mentolu. W ustach welon z gładkich, drobnych, charakternych tanin, podpartych subtelnym kwasowym kręgosłupem, przyjemny, orzeźwiający finisz z jagodami w pierwszej ławce. Z pewnością można by jeszcze chwilę poczekać i spisać kolejne, jednak tym razem tego luksusu nie mieliśmy, jako że następne rarytasy już czekały na swoją kolej w rękach sommelierów. Podawajcie go tak, jak należy – schłodzonego do 16 stopni, w średniej wielkości (400-500 ml.) kieliszkach do win Bordeaux. Dekantacja mile widziana, jednak dosłownie kilka dłuższych chwil przed podaniem, i raczej do wąskiej karafki, tzw. „wazonika”, niż do szerokiego dekantera. Do czego? Do siebie. Dla siebie. I tych, których lubicie, a którzy lubią Was i takie emocje. Ewentualnie do gęsiej i kaczej nogi, dobrego steak’a (tylko błagam – bez żadnego szpinaku i zieleniny w ogóle), no i oczywiście jagnięcego combra z miętą, lub tymiankiem i rozmarynem. Sery? Przekąski? Miejcie litość…

Ten rocznik wciąż jest w doskonalej formie. W naszej degustacji oceniłem go na 95pkt. +, a nasi transatlantyccy bracia obdarzyli go jednym oczkiem więcej.

Wciąż też jest dostępny u importerów specjalizujących się w topowych Bordeaux. Śmiało zatem pytajcie na Winkolekcji i Centrum Wina. Cena? Hmm W 1996 roku w Barbadosie kosztowała 590 złotych. Dziś raczej dodajcie zero na końcu.