17 sie

Ja chcę do Julki…

Oby nie zabrakło laku ;-)

Pogoda ostatnimi czasy iście japońska, czyli w skrócie: „jaka-taka”. Na Pinota często za zimno, na Shiraza raczej za ciepło. Gdzieś w pół drogi wyborów jest niemało, a jednak ostatnimi czasy niemal notorycznie wygrywają Włochy. Zapewne gdzieś za tym wszystkim stoi już zbyt długa niebytność…. Nie ma strachu – droga do Diano d’Alba już zaplanowana i tylko czekam na odpowiednią kartkę z kalendarza. Jednak  zarówno w podróży, jak i ostatnich wyborach, nie potrafię pominąć Werony. Tak, chcę zajrzeć do „Bottegi”, wpaść na chwilę nad Gardę, a przede wszystkim – znów rytualnie wyściskać Julię. W tych rozterkach, nie wiadomo kiedy, w czasie spacerku na Burakowską, wpadła do kieliszków Meroni Valpolicella Superiore. I spisała się doskonale, wybornie, fantastycznie i cudownie. I wciąż chciało się więcej takich. W tych okolicznościach przyrody wielką frajdę sprawił mi dawno, od czwartkowej kolacji w „Dyletantach”, niewidziany przyjaciel. A frajda nazywa się „Il Valpo”. I konia z rzędem temu, kto nie zgadnie z jakiej apelacji pochodzi… Cudeńko reprezentuje ekipę „La Giuva”. Skąd ten sportowy odnośnik? Już odpowiadam: Alberto Malesani, założyciel tej młodej winiarni, w przeszłości parał się futbolową managerką. Sama nazwa zaś to sprytna kombinacja imion Giula i Valentina – córek Alberto i głównych decydentów wydarzeń w winnicy i piwnicach.

La Giuva "Il Valpo"

La Giuva „Il Valpo”

Samo wino zaś to kwintesencja tego, dlaczego szukamy „prostych” Valpolicella. Jest niebywale zwiewna w konstrukcji i proporcjonalnie inna w wyrazie. Na tej przestrzennej, lekkiej ramie rozpięto całe mnóstwo silnej i świeżej owocowości, posypanej szczyptą ziół. Do środka wpuszczono tyle ożywczego tlenu i orzeźwienia, że nie wiadomo kiedy sięga się po kolejna porcję. A że przy okazji to wino imponująco „jedzeniolubne”, okazji do konsumpcji jest więcej, niż mniej. Zapomnijcie o ostrygach i krwistych mięsach. Resztę, dobrze lub lepiej, bez trudu „Il Valpo” obsłużycie.

Przy okazji spójrzcie na sposób, w jaki „La Giuva” chroni swoje dzieła, z Amarone i Recioto włącznie. To, w połączeniu z naturalnym korkiem wysokiej jakości, daje winom wiele szans na bycie sobą, a przy okazji na dojrzewanie w spokoju… Gdzie i za ile można kupić miłego bohatera? Na flaszce była banderola, więc niedługo pewnie gdzieś ją zobaczymy. Czy warto? Za tą autentyczność – bardzo!

Oby nie zabrakło laku ;-)

Oby nie zabrakło laku ;-)

04 lut

Wina do kaktusa z grilla

Tak powinno powstawać menu i karta win ;-)

Były takie czasy, kiedy warszawska gastronomia w wersji poważnej nie oferowała byt wielu luksusów. Na palcach dwóch rąk i jednej nogi, można było policzyć knajpy, do których się chadzało od święta, tudzież na ważne spotkania. Część z nich przetrwała gwałtowną zmianę rzeczywistości, gdy jak grzyby po deszczu, ba!, jak trądzik u kwitnącego siedemnastolatka, na mapie stolicy zaroiło się od nazw lokali, do których wciąż nie nadążamy pójść, by móc być całkiem na czasie. Przedstawicielem przetrwałej „starej wiary”, bez cienia wątpliwości jest mokotowski „Blue Cactus”. Do „kaktusa” kiedyś chadzałem dość często, zwłaszcza na szybkie lunche ze Sławkiem, lecz kiedy i jego zabrakło w okolicy, na skrzyżowaniu Belwederskiej i Spacerowej pojawiałem się „od dzwonu”.

Przyszła chyba jednak pora, by ten stan rzeczy zmienić. restauracja zainwestowała w piekielnie gorący (1100C!) grill, a w kuchni rządzą ludzie z fachem i polotem. Kiedy więc nadarzyła się okazja, by zasiąść w Winnymi Blogami przy stole i spróbować menu spod ręki Marcina Kaźmierskiego, dwa razy namawiać się nie dałem…Tak powinno powstawać menu i karta win ;-)

Tak powinny powstawać menu i karta win

Każdy z nas przynosił dowolne flaszki do wybranego uprzednio dania z szefowego menu, a już na miejscu dorzuciliśmy do nich dwa „jokery” z restauracyjnej karty, i ruszyliśmy buszować w zbożu…

Artyleria

Artyleria

Na pierwszy ogień poszły warzywa z grilla – cukinia, bakłażan, cebula, papryka, pomidor. Jednym słowem: klasyka. Wśród nich nieśmiało wiło się jalapeno, i to ono stało się sprawca zamieszania. Naprzeciw jarzynom wystawiliśmy reprezentację grecko-hiszpańską w składzie: Troupis Fteri Moschofilero Mantinea 2013, Domaine Bairaktaris Monolithos Nemea 2014 (obydwa Euro-Foods), oraz Verdejo Pasos de la Capula 2012. Z jakim wynikiem? Otóż przewrotnym… Bez jalapeno, Moschofilero ginęło w tłumie, traciło charakter, Chardonnay-Sauvignon z Nemei grało zgrabnie, a Verdejo zaskoczyło ciężką rękawicą, przyciskając smaki do języka zbyt intensywnie. Lecz gdy z ławki rezerwowych podniosła się  ostra papryczka, to delikatna biel z Mantinei dawała najwięcej ukojenia, nadal jednak tracąc siłę smaku. Monolithos i Verdejo od razu wręczały do ręki telefon z wybranym numerem 998. Sami wiecie, gdzie dzwoniło po drugiej stronie, i jak szybko pragnąłem ich zobaczyć…

Jalapeno rulez!

Jalapeno rulez!

Do łososia mięty nie mam, nie ukrywam. Trochę taki wypełniacz menu, kiedy nie wiadomo, co wymyślić. Kiedy jednak już coś dla niego wymyśli, to kapelusz może sam się zsunąć z czaszki… I dobrze, że chodzę z odkrytą głową, bo tym razem niewątpliwie wpadłby mi do talerza… Wersja z pomarańczowym sosem BBQ i limonką zostaje jedną z moich ulubionych ever.  Lekka gorycz i słoność mięsa z grilla, słodycz sosu, kwaśność limonki – wszystko grało razem i osobno. Do pary wyznaczyliśmy Kühlig-Gillot Riesling Trocken 2013 (Jung&Lecker 59 zł) oraz Carinea Torrontones 2012 (Estancia del vino 49 zł). Torrontes, kiedy jeszcze limonki nie użyłem, jakoś sobie radził, ale całość przytłaczała lekko sflaczałą intensywnością, Riesling od początku hasał żwawo, nie tracą nic z wigoru i przyjemnego lica. Moment pojawienia się kwasowości zielonego cytrusa był dla Argentyńczyka i języka dosłownie ciężkim wyrokiem, a Niemiec jeszcze bardziej się rozbestwił, gubiąc swą delikatną słodycz, za to wciąż przyjemnie świdrując owocowym orzeźwieniem. Piątka murowana!

Łosoś 4 smaki. Ale jaki!

Łosoś 4 smaki. Ale jaki!

Kurczak jaki jest – każdy widzi… Co nie znaczy, że spod ręki wprawnego makijażysty, nie będzie mógł udawać bażanta. A śliwkowa perfuma sosu, odrobina pudru goryczy z wędzenia i opalania w piekielnych czeluściach, dzięki któremu cała soczystość schowała się w środku mięsa, wydobyły z pospoliciaka salonowego bywalca. Kazaliśmy mu zatańczyć z Simonsig Gewürztraminer Late Harvest 2013 (Vininova 47,90 zł). i  Steinmühle Spatburgunder 2012 (Jung&Lecker 49 zł). Samo mięso lubiło piruety z jednym i drugim, lecz czerwień nieco przydeptywała mu sukienkę, zostawiając przykurzone ślady, a biel kazała dać się prowadzić. Kiedy jednak zagrano śliwkowy, aksamitny blues, aromatyczny afrykaner wtulił się słodko, zdjął ordynarną woalkę, okazując się nie tylko doskonałą parą, lecz i najładniejszą panną w okolicy. A Pinot? Jego taniczną grubiańskość i nieporadność w tańcu obnażono melodią bezlitośnie, a szorstki dwudniowy zarost, miast skryć wstydliwe rumieńce, tylko jeszcze spotęgował niemiłe wrażenie o jegomościu.

Takie ciuciaki lubimy

Takie ciuciaki lubimy

Dobranie wina do grillowanej wołowiny wydaje się być zajęciem równie pasjonującym i złożonym jak to, jakie płatki na śniadanie dodać do mleka… Tia.. Jasne… Sami wiecie, że owsiane lubią się pogotować, kukurydzianym wsio rawno, a te w miodzie lub czekoladzie chcą się tarzać w cieple. Tak samo mięso – zależnie jak je wysmażymy, inne wino sprawi się na cacy. Nam zaserwowano takie jak na zdjęciu, a clou programu okazał się być znowu sos obok. Why? O tym za chwilę… W murze chroniącym torreadora przed szalonym bykiem ustawiliśmy: Barolo il Burbero Riserva 2005 (Vinotrio 125 zł), Zinfandel Woodhaven 2012 z karty win gospodarzy (dostępny w Winezja.pl i Centrum Wina), Rasore Berbera d’Alba 2013Ardeche 2012 (Winnice.eu 12,50 zł) oraz Goriska Brda Krasno Rdece Vrhunsko Vino ZGP 2010. Barolo i Krasno chwyciły byka za rogi, Zinfandel zwiódł go słodkim gadaniem, a Barbera i Ardeche przyjmowały kopniaki i liczyły siniaki, nie opuszczając jednak szeregu. Wszystko zmieniło się po posmarowaniu zwierzaka sosem chimichurri z dodatkiem mięty, jalapeno i kolendry. W takiej konfiguracji wszyscy obrońcy padali jak muchy! Paradoksalnie – dwóch najbardziej poobijanych wcześniej, zachowało najwięcej godności, choć i Krasno nadal było krasno, jednakże żadne z win nie udźwignęło… papryczki i KOLENDRY! To złośliwie pieroństwo zniszczy każde czerwone i większość konkretnych białych win, a papryczka wraz z alkoholem,  podkręcała sprawę paląc żywym ogniem. Szefowie! Kucharze! Pichciciele! Nie używajcie do steków dodatków, które z natury odbierają sommelierom, kelnerom, gościom, Wam, możliwości wypicia jakiegokolwiek wina do wspaniałości, które im serwujecie. Szpinaku też…

Sos-morderca

Sos-morderca

Kolację zakończyliśmy brownie, które było brownie. Zakalcem jak trzeba. W porównaniu z pumeksem serwowanym w wielu knajpach, takie cacuszka wspomina się długo, a wcześniejszy posiłek i rozmowa z szefem o życiu i o śmierci, pozostają niezmącone w pamięci…

Żeby wszędzie takie było...

Żeby wszędzie takie było…

A do Niebieskiego Kaktusa wrócę jeszcze nie raz, i bez czekania na dźwięki z dzwonnicy!

Relacje pozostałych biesiadników znajdziecie na:

winiacz.com

powinowaci.pl

mariuszboguszewski.blogspot.com

dotrzechdych.pl

naszswiatwin.pl

wine-trip-into-your-soul.blogspot.com

20 sty

The Fine Food Group okiem proroka

Wczesnojesienne przedpołudnie. Ogródek w  żoliborskim klimacie Placu Inwalidów. Szybka kawa na dwóch – piszący i Marek Kozioł, którego miałem okazję poznać jeszcze za czasów jego pracy u poprzedniego importera. Dziś to as w rękawie The Fine Food Group. Dlaczego as? Kto miał okazję poznać, lub współpracować jako klient – ten doskonale wie. Nad brzegiem filiżanki wspominamy stare czasy, budujemy wizje przyszłych, rozmawiamy o aktualnym, już znakomitym stanie oferty nowego pracodawcy. O kolejnych nazwiskach czekających na wprowadzenie, budzących jeszcze większą sympatię do ciągle budującego się portfolio… Gdzieś pomiędzy jednym a drugim zdaniem, rozemocjonowanej widokiem kart przed oczami głowie, wypsnęły się słowa o powoli rodzącym się zamiarze ujawniania myśli drukiem w przestrzeni internetu …

Nie upłynęło wiele czasu, a przy biurku zjawiła się przesyłka 6 win wybranych przez p.Marka. Nie trzeba było być prorokiem, by widząc napisy na etykietach wiedzieć, że rutynowe przejście nad tą paczką będzie stratą dla wszystkich – win, importera, a i mi przecieknie przez palce wiele ziemskiego dobra… Postanowiłem zatem rozliczyć się z tą szóstka na spokojnie, dogłębnie i w najlepszych możliwych okolicznościach. I takie podejście to był strzał w dziesiątkę! Każda z flaszek, odpowiednio potraktowana i dobrana do okoliczności, stawała się historią samą w sobie. Ponieważ obiecałem o nich napisać razem, teraz wracam do notatek na biurku i wrażeń w pamięci…  W międzyczasie TFFG zostało wybrane „Importerem roku” Grand Prix Magazynu Wino. I jakoś wcale mnie to nie dziwi… Cytując klasyka: „Wiedziałem, że tak będzie’ 😉

A teraz czas na małą niespodziankę: w środku wpisu znajdziecie pytanie. Spośród prawidłowych odpowiedzi w komentarzach pod wpisem, wylosuję rączkami „Sierotki” zwycięzcę, który zostanie nagrodzony przez The Fine Food Group jedną z flaszek tu ocenionych. Sami zobaczycie – warto!!!

2012 Sequillo White Swartland – 

Sequillo White

40% Chenin Blanc przy współpracy z Clairette Blanche, Viognier, Verdelho,
Semillon Blanc i Gris, dłuuugo fermentowane i dojrzewające nad osadem w starych burgundzkich baryłkach, zrodziły wino wielowarstwowe, bez nachalności, mineralne, lekko maślane, miodowe i pikantne, ujmujące świeżym owocem, a przede wszystkim dynamiczne niczym Carl Lewis i silne jak Mike Tyson. Spokojnie może zagrać solową partię, lecz nie znaleźć mu godnego towarzysza na stole szkoda. Lubi krótką dekantację w wąskiej karafce, być pite w temperaturze 12-14 stopni, z mniejszych kieliszków do czerwonego Bdx, albo z tych do Chardonnay. Bez wahania już warte 92 punktów, a że pożyje jeszcze ładnych parę lat, niedługo może być i lepiej/ Cena 119,90.

2009 Familia Gracez Silva Amayna Barrel Fermented Sauvignon Blanc Leyda –

amayna sauvignon barrel

O tej porze roku zwłaszcza, lub kolacyjną porą, takie wina mają swoje najlepsze „pięć minut”. Kapiące dojrzałymi do rozpuku owocami – grapefruitem, mango, pigwą, brzoskwinią, przy tym wyraźnie waniliowe, miodowe, maślane, z odrobiną białej czekolady i gałki muszkatołowej. Wszystko misternie już splecione w welon. Absolutnie pokocha pieczoną i smażoną wieprzowinę, szlachetne owoce morza i treściwe ryby, drób, dzikie ptactwo, a nawet wysmażone i wypieczone czerwone mięsiwa – wszystko w korzennych, maślanych, serowych, śmietanowych, cięższych, aromatycznych, nie pikantnych sosach.  Pijcie je w temperaturze ok. 14C, w kieliszkach do Pinot Noir/Nebbiolo, koniecznie dekantujcie nawet i godzinę-dwie. Ode mnie 90 puntów za cenę 119 PLN.

2013 Tormentoso Bush Wine Pinotage Coastal – 

tormentoso pinotage

 Pinotage nie jest łatwą w odbiorze odmianą, Zależnie od stylistyki winiarza potrafi straszyć początkujących przygodę z nim aromatami zwierzęcymi, hardà taniną i wysoką kwasowością. Na drugim biegunie leżą skoncentrowane, beczkowe osiłki, słone, uwędzone i likworowe jednocześnie. Pośrodku za to można znaleźć takie oto cukiereczki jak Tormentoso. Wciąż dość młodzieńcze, zgrabne, a jednocześnie konfiturowo-landrynkowo urocze. Spokojnie sprawdzi się jako wino imprezowe, a przy okazji całkiem użyteczne przy łączeniu ze strawą, także typowo polska – bitkami, pieczeniami i gulaszem, gęsiną i kaczką w słodszych kompaniach, a nawet z dobrze doprawionymi czosnkiem i pieprzem wędlinami. Lubi być chłodny jak 16 stopni, pity z kieliszków do Sangiovese/Rieslinga, nie prosi o dekantację, kosztuje 59,90, zbiera ocenę 86. A teraz pytanie konkursowe – w którym roku i gdzie Pinotage został przekazany światu po raz pierwszy?

2012 Langmeil Orphan Bank Shiraz Barossa –

lagmeil orphan shiraz

Czytacie: Barossa – myślicie: czekolada! W tym przypadku: i tak, i nie. A zasadzie – guzik prawda! Wszem – czekoladowych nut tu nie brakuje, lecz na pierwszy plan wysuwają się lubiane i pożądane w tej sprawie kalifornijskie śliwki, borówki, czarne wiśnie, pieprz, lukrecja i wiśniówka. Cała jednak zabawa w tym, że całość, wraz z pluszowymi taninami, jest znakomicie napędzana orzeźwiającą nutą czerwonych owoców schowaną w tle. Solista, bohater wieczoru, lecz i team-player. Podziękuje za jagnięcinę, lecz i stekiem z tuńczyka nie pogardzi, jak i nawet śliwkami w boczku, dojrzałymi cheddarem i goudą. By pić je w stopniach 18 po krótkiej dekantacji, trzeba wydać 219 złotówek. Wtedy można zabrać wszystkie 93 pkt i baaardzo ładny finał wieczornego spotkania.

2011 Sequillo Red Swartland –

sequillo red

Wracamy do Afryki, lecz mierzymy się z inną kategorią wagową. Na ring wchodzi zawodnik super postury, dajmy na to – Lennox Lewis. Potężnie umięśniony, szybki jak błyskawica, o niebotycznym zasięgu rażenia, a przy tym elegancki i fantazyjnie przystrzyżony. Tak własnie odbieram Sequillo Red. Jest silne jak tur, pręży muskuły, lecz czuć, że stoi za nim wiedza i dyscyplina taktyczna trenera, umiejętnie i inteligentnie wprowadzana w życie przez podopiecznego. Koniecznie potrzebuje sparring-partnera, który powstrzyma jego energię. Mięcho! Kawał jędrnego mięcha! Do oglądania najlepiej po kilkugodzinnej dekantacji, rozgrzany do 18 stopni, w kieliszku do Shiraz/Amarone. Sędzia punktuje go na 91, agent za walkę żąda bardzo godziwych 119,90.

2011 Familia Garcez Silva Amayna Syrah Leyda –

amayna syrah

To wino powinno nazywać się nie Amayna, lecz Amaltea. Ewentualnie – Róg Obfitości. Lubicie Amarone? Lubicie gęste, niemal czarne, bezpardonowe w swej bezczelnej atrakcyjności wina? Takie do kominka, filmu, książki, pogaduchy? Nad którymi nie chcesz się zastanawiać, tylko je niemalże jeść? To masz takie oto gotowe rozwiązanie, w dodatku – na pewno Cię na nie stać! Po odpowiednio długiej dekantacji, albo lepiej i dzień po otwarciu, trzymane w butelce, smakuje jak czekoladowa trufla nadziewana aksamitem i likworem. Zgadzam się – to nie jest najbardziej ambitne wino, jakie znam, lecz daleko mu do banału czy ordynarności. Jest balsamem na rany umysłu. Wręcz go otula, uspokaja i usypia pędzące myśli. Nie chcę do niego nic, oprócz towarzystwa, choć znaleźć mu kolegę nietrudno. Chcę go pić gdy zimno na dworze, lub w duszy, z kieliszka do Shiraz/Amarone, w 18 stopniach Celsjusza. I już. Aha! Lubię go bardziej niż na techniczne 90 punktów. O wiele bardziej! Zwłaszcza przy cenie 135,90.

I już. I po paczce. Przyznam – takich paczek jak najwięcej życzę wszystkim. A TFFG jeszcze raz dziękuje i gratuluje zasłużonego wyróżnienia i ściskam kciuki za kolejne świetne wybory winnic, równie świetnych ja te powyżej, Luigi Bosca, Muga, Dom. Wachau, Zenato etc…

08 lis

Para niemal doskonała

Jak co roku o tej porze, przychodzi czas na kurs i serię degustacji w ramach „akademii”, prowadzonej dla jednej z  firm międzynarodowych. Za każdym razem nowa restauracja, za każdym razem inna część i panel win do spróbowania, a tym razem spotkaliśmy się w warszawskim Portucale. Pakiet wiedzy i flaszki dotyczyły najważniejszych regionów Włoch, Hiszpanii i Portugalii oczywiście. Razem 10 flaszek do spróbowania, dwa razy tyle slajdów do obgadania, plus zwyczajowa kolacja z, a jakże, kolejną porcją win do towarzystwa. A w kieliszkach zacnie: Toskania, Piemont, Veneto, Ribera del Duero, Katalonia, Rioja i Douro, a w coolerach mieniły się Alto Adige, Galicia i Minho.

No i jak stawiacie? które regiony zdobyły nasze kubki smakowe i serca? Barolo? Owszem – Elvio Cogno ma wiele atutów i spisał się dzielnie. Rioja? Artadi to znakomity producent, jeden z moich ulubionych, a Vinas de Gain, to wspaniały wynik ich umiejętności., lecz tego wieczoru szukaliśmy czegoś innego niż bezpośredniości i siły. A może Kolbenhof od Hofstatter’a, ze swoją nieco brutalną, ale jednak – wielowymiarowością? Nic z tego. Owszem wszystkie próbki, także te niewymienione z nazwiska, prezentowały najwyższą jakość i ogromną różnorodność wrażeń. Jednak ten wieczór należał tylko do dwóch win, z czego pierwsze poniżej, zebrało zdecydowanie najwięcej braw. Dlaczego? pewnie z dwóch powodów. Pierwszy jest banalny – to jedno z najlepszych białych win świata. A drugi? taki jak to często bywa – kontekst. Obydwa wina pochodziły z regionów najmniej okrzyczanych m kojarzonych raczej z popularna półą. A tymczasem… Pacnęły zebranych w głowy obuchem zaskoczenia poziomem ich wykonania i oferowanych wrażeń.

2011 Quinta de Soalheiro Primeras Vinhas Alvarniho Vinho Verde DOC – 

Soalheiro

To wino swego czasu przetoczyło się przez polski internet niczym huragan, wbijając palce każdego z o nim piszących w ekstatyczne peany. Czy słusznie? Wierzcie lubnie – TAK! To nie jest majstersztyk odmiany Alvarinho. To nie jest też majstersztyk Vinho Verde. To nawet nie jest majstersztyk Portugalii. To jest prawdziwy majstersztyk wśród win białych całej kuli ziemskiej, godny stać równo pomiędzy podobnymi z innych regionów i odmian winorośli świata!

Alvarinho jest najbardziej szlachetną z odmian tej części Półwyspu Iberyjskiego, znaną i ważną także w nieodległym, hiszpańskim Rias Baixas. Tam jednak to trochę inna bajka. O jej genezie krążyły legendy, lecz nie o tym dziś ten wpis. Ten ma mówić tylko o tym, jak wspaniałe wina z tej odmiany w Moncao e Melgaco – strefie Vinho Verde, wyczarowano tym i całej serii win Soalheiro.

Już sam wygląd obiecuje wiele – wino mieni się w kieliszku intensywnym, złotawym kolorem. Pachnie średnio intensywnie bogatymi nutami brzoskwiń, trochę też kandyzowanymi cytrusami, gruszką i miodem akacjowym. W smaku – prawdziwa eksplozja nut, doskonała równowaga materii i przyjemnego orzeźwienia, solidne, napakowane bogactwem owoców i mieralnością. Bajeczne…

Pijcie je w kieliszkach podobnych lub dokładnie tych typu „chardonnay” Riedla, w temperaturze 10-12 stopni, możecie je otworzyć chwile dwie wcześniej, nie bójcie się kręcić kieliszkiem, ba! możecie nawet przelać do wąskiego dekantera i tak trzymać w coolerze. Do czego> Droga wolna – treściwsze i bardziej złożone potrawy z ryb (także słodkowodnych) i owoców morza, do ptactwa – pierś z indyka, perliczka z pieca zawinięta w boczek, nawet do combra z królika. Itd itp…

Kupicie je w Portucale i Atlantice, za nieco ponad złotych 100. Wiem – ale z pełna odpowiedzialnością – warte każdej wydanej monety.

A ja do kompletu, z największym szacunkiem, piszę mu punktów 93+

 

2008 Cellier Laurona Monstant DO –

Laurona

Priorat znamy i lubimy. Priorat znamy i cenimy. A w jego cieniu, tuż obok, leży sobie niedoceniany z reguły Montsant. Ot, w głowach wielu miejsce również zdominowane przez Carinena (Carignan), Syrah, Garnatxa (Grenache) i Cabernet Sauvignon, które z reguły, za dużą mniejsze kwoty, potrafi zaoferować namiastkę wrażeń „Wielkiego Brata”. Jak dobrze wiemy, reguły są po to, żeby je…modyfikować zgodnie do zmieniającej się rzeczywistości. A Laurona jest co najmniej słusznym powodem, żeby taki proces zmiany w naszych mniemaniach nastąpić musiał…

A co w kieliszku? Cudnie! Głęboka, intensywna i wciąż połyskliwa suknia. Zapach szczodry aromatami konfitur, nalewek, przypraw korzennych, runa leśnego i orzechów. W ustach piękna integracja, porządek, płynie gładkim wrażeniem miękkich, słodkich tanin, podkreślonym wysoką zawartością alkoholu, lecz świetnie równoważonymi przez  schowaną w tle kwasowość, lekko drażniącą krawędzie języka,  podkreślającą dojrzałe borówki, czarne wiśnie, czereśnie, wędzone śliwki i jagody w przyprószonych niuansami cedru, goździków, gorzkiej czekolady i kawy.

Pijcie je do… ludzi, dobrej chwili, a jak musicie do czegoś na talerzu – raczej pomyślcie o baraninie, kaczce i średnio wysmażonej wołowinie, najlepiej w cięższych, balsamicznych sosach, albo z intensywnymi dodatkami – żurawiną, balsamico lub porto, za to za wszelką cenę unikajcie dużej ilości soli lub ostrych dodatków, także w serach wszelkiego typu. Dekantujcie godzinę dwie, w szerokim dekanterze, sięgnijcie po duże kieliszki, min 400ml., typu „Bordeaux”, a temperatura wina nie powinna przekraczać stopni 18.

Kupicie je w Złocie Hiszpanii, za co w swoim i wielu imieniu – dziękuję, za kwotę około 100 złociszy.

A moja skromna ocena tej flaszy to 91pkt.